Jak przestać SamoUtrudniać – Wywiad z Grzegorzem Osóbką

Karol Bartkowski i Grzegorz Osóbka uśmiechnięci rozmawiają

Jak przestać SamoUtrudniać – Wywiad z Grzegorzem Osóbką

Kilka dni temu miałem okazję przeprowadzić wywiad z facetem, którego występki i poczynania, przykuły moją uwagę i to bardzo.
Wyobraź sobie, że prowadząc w Polsce agencję marketingową Umbrella Marketing Group przyczynił się właśnie do powstania 2 zagranicznych filii – jednej w Nowej Zelandii, a drugiej w Afryce!

Obserwując jego profil na FB i LinkedIn pomyślałem, że choćby nie wiem co, muszę się z nim spotkać i o to wszystko wypytać, gdyż jakby nie było otwarcie filii tak daleko, w tak krótkim czasie wymaga nie tyle pomysłu, co usunięcia samoutrudniania z głowy.

Grzegorz Osóbka, bo o nim mowa z chęcią i dużą otwartością podzielił się ze mną swoimi doświadczeniami i strategiami na “walkę” z samoutrudnianiem, aby żyć życiem bez strachu.

GO – Grzegorz Osóbka
KB – Karol Bartkowski

Po powitaniu i włączeniu dyktafonu, od razu przeszliśmy do konkretów.

KB: Grzegorz, co według Ciebie jest po drugiej stronie samoutrudniania?

GO: To jest najciekawsza kwestia zagadnienia samoutrudniania, gdyż można się skupić na tym co najważniejsze. Gdybyśmy samoutrudnianie potraktowali jako opaskę na oczach, to zamiast się jej przyglądać, o nią martwić i przejmować, wystarczy ją zdjąć i już. Dzięki temu bardzo szybko zobaczymy co jest po drugiej stronie. Sama opaska nie jest warta nawet wspominania, czy zajmowania. Ona tylko zasłania nam widok.

Dlatego uważam, że Twoja misja zawodowo-życiowa, Karolu, skoncentrowana na samoutrudnianiu ma ogromny power. Wynika on stąd, że właściwie doprowadzasz ludzi do tego, aby zdjęli tę opaskę i możesz co najwyżej za dwa dni przyjść i zobaczyć czy na pewno ktoś ją wyrzucił i czy jej nie schował na wszelki wypadek, że jak będzie brzydka pogoda to będzie mógł sobie zasłonić oczy z powrotem.

A wracając do pytania – to co jest na zewnątrz wyłania się tylko dzięki temu co jest wewnątrz i ja to nazywam nieustraszonością takim “fearlessness”. Gdy w pewnym momencie okazuje się, że nie masz co trzymać się kurczowo swoich projekcji, które zawsze były dla Ciebie takim wygodnym “inboksem”, w którym mogłeś się odnaleźć, w którym mogłeś sobie postracjonalizować swoje porażki, albo nakręcać się swoimi celami i gdy z tym skończysz, gdy wyjdziesz z tego, to właśnie wtedy znajdziesz to co moim zdaniem jest po drugiej stronie samoutrudniania czyli spełnienie.

KB: A czo owo spełnienie u Ciebie obecnie występuje?

GO: Tak, ma teraz moment, w którym realizuję od pół roku, swoją misję życiowo-zawodową polegającą na tym, aby zbudować międzynarodową, globalną crowdsourcingową opartą na wiedzy, społecznościową sieć agencji marketingowych i mi to wychodzi. Gdybyś mnie w zeszłym roku zapytał co ja będę robił za rok, to na pewno nie powiedziałbym Ci, że za miesiąc wyjeżdżam do Auckland w Nowej Zelandii występować na seminarium inaugurującym Umbrella Marketing Group w tym kraju i jestem tam wypromowany przez partnera, jako gwiazda i guru marketingu z Europy. Przyjeżdża wielki dr Osóbka i będzie zachęcał wszystkich do metodyk marketingu zintegrowanego (śmiech).

Właściwie nic wielkiego się nie stało, wystarczyło poczuć powołanie i nieustraszoność oraz przyjąć taki scenariusz. Obecnie jest również końcówka ustaleń co do Umbrelli w Afryce, która obejmie Ugandę, Tanzanię – wszystkie takie młode kraje afrykańskie, które mają bardzo dużą dynamikę wzrostu gospodarczego. Potem będzie Kazachstan, USA, Dubai, Chiny. Obecnie poszukuję inwestorów na te części świata i się tego nie boję, a nawet jeśli się nie uda to i tak lepiej, że to robię, niż gdybym tego nie robił.

KB: Tak tu też się zgadzam z Tobą w 100%, gdyż nasze doświadczenia, często wracają do nas w najmniej oczekiwanym momencie i choć gdy je zdobywaliśmy to, np. akurat wtedy nie odnieśliśmy sukcesu, ale po kilku latach nagle okazuje się, że obecnie są kluczowe i pozwalają nam na małe bądź duże zwycięstwo.

GO: O tak, masz rację.

KB: Mówiłeś, że w tym spełnieniu działasz od około roku, powiedz zatem jak do tego doszło, czy był tego jakiś scenariusz, który można przekazać innym?

Umbrella ma 13 lat przez które coraz bardziej się rozwijała, coraz bardziej akceptowałem fakty, które zdarzały się po prostu, że obsługujemy klientów międzynarodowych. Zacząłem jeździć do Londynu i poznawać ludzi. To była praca, którą wykonując nie było świadomości, że robimy coś dużego, dopiero teraz to się ujawnia, czyli tak jak powiedziałeś, wcześniejsze doświadczenia w pewnym momencie do czegoś się przydają.

Z tej perspektywy widzę, że wiele nitek jak gdyby prowadziło do tego momentu, a właściwie dwóch.

Pierwszy moment i to zabrzmi pięknie i tak storytellingowo (śmiech) był wtedy, gdy stałem na szczycie Mont Victoria w miejscowości Wellington, stolicy Nowej Zelandii w lutym tego roku. Wiatr wiał, to była 10 chyba, albo 9 bo wszystko się przewracało i było bardzo trudno utrzymać się na nogach. Z resztą w Wellington wieją niezłe wiatry, ale ten to już była przesada.

widok zatoki i gór

Usiadłem w związku z tym pod lasem nieopodal i przykryłem głowę kapturem i dosłownie natchnęła mnie koncepcja, po prostu poukładały mi się wszystkie te elementy z doświadczeń w jeden spójny, koherentny kształt wizji działania. Na zasadzie, że im głębiej w to wnikam, tym więcej widzę logiki.

Słyszałem kiedyś o człowieku, który będąc autystą jest rekordzistą świata w liczbie pi, w wymienianiu cyfr po przecinku podając nieprawdopodobną ich ilość. Zapytany jak Ty to robisz, odpowiedział, że to jest bardzo logiczne, ja widzę krajobrazy. Czyli jak patrzysz na krajobraz i ktoś się Ciebie pyta czy to jest brzoza czy rzeka, to mówisz brzoza, a dla niego to jest np. 3, a rzeka to 7 itd. i układa mu się całość. Tak więc im głębiej wchodzę w to, to jak gdyby mam poukładane więcej szczegółów, bardzo logicznie i widzę cały ten krajobraz.

To był ten moment natchnienia, w którą stronę mój biznes ma iść, czyli jaka jest wizja i misja – pojęcia, o które trzeba cały czas pieczołowicie dbać. Dodając do tego wartości mamy triplet zdrowej organizacji.

To był jeden moment i bardzo napalony po tym doświadczeniu widzę, że rezonuje on z otoczeniem, gdyż mając spotkania z dużą grupą ludzi, praktycznie każdy mówił, że czuje tu moc, bardzo mu się podoba i chce brać w tym udział. Co jest rzeczywiście dowodem na to, że to dobry plan, gdyż od samego początku są efekty.

KB: Czyli nie potrzebujesz żadnego młota, którym musiałbyś tę koncepcję komuś mocno wbijać do głowy?

GO: Nawet wręcz jeżeli mam takie zderzenia, to wtedy gdy ktoś ma po prostu inną ścieżkę życiową do czego ma przecież prawo, gdyż nie o to chodzi żeby porywać cały świat, to i tak postanowiłem otaczać się ludźmi, z którymi dobrze to rezonuje.

Natomiast ten drugi moment był 2-3 miesiące później w Northlandzie, pewnej bardzo ciepłej nocy przy pełni księżyca, czyli tak werterosko będzie to wyglądało (śmiech). Postanowiłem sobie pobiegać. Dzieci już spały, piękna pogoda, cykady, jakaś górka więc biegnę sobie i wbiegam na tę górkę. Zatrzymuję się i widzę pełny księżyc, ocean Spokojny, na którym są różne wyspy. Jedne bliżej to widzisz je wyraźniej inne dalsze toną w tej nocy. Chmury z dużą prędkością przetaczając się po niebie raz zasłaniając, raz odsłaniając księżyc powodują wrażenie migotania oceanu.

księżyc nad górami

Poza tym spostrzegłem, że jestem na cmentarzu, który jest bardziej trawnikiem z małymi, skromnymi tabliczkami bez ogrodzenia niż nekropolia znana z europejskich miast…

… i wtedy, gdy popatrzyłem na tą migoczącą taflę oceanu tknęło mnie coś takiego, co nazywam tym fearlessness, czyli taką wewnętrzną nieustraszonością i nie chodzi o to, aby być jak superman, tylko o to, że po prostu nie masz obaw. Nie masz, a co jeśli się nie uda, a czy będę miał na to pieniądze, a czy więcej nie stracę, a może lepiej tego nie robić, czy ja się nadaję, czy znam wystarczająco język angielski…

… wszystko to poszło, nie było, nie miało znaczenia. Księżyc świeci, wiatr wieje, ocean jest tu od zawsze, ja na tym świecie jestem na moment i co się będę pierdzielił w szczegóły (śmiech). Więc jeżeli masz ugruntowaną wizję i misję, która jest Twoim mocnym przekonaniem, że chcesz to robić, ale nie takim wypracowanym, to musi Cię strzelić. Podejrzewam, że Ty teraz w swoim projekcie masz podobny przeskok i pewną determinację, że Ty już wiesz, że za specjalnie nie będziesz robić już nic innego, bo to jest Twoje Destination.

KB: Tak doskonale wiem o czym mówisz, też tak mam.

GO: Do tego odpuszczasz wszystkie zasady, nie masz żadnych barier, możesz być zupełnie swobodny, luźny, być sobą. Odpoczywać we wszystkim co robisz i nie przejmować się, żadną projekcją.

To jest dla mnie właśnie ten moment, kiedy pozbywasz się tego wszystkiego, tych wszystkich projekcji, że musisz coś zrobić, że jesteś uwikłany w jakieś konieczności, że jesteś jakimś trybem, po prostu rozwala to wszystko Twoja własna misja i wizja i to jest to number one. A number two to jest świadomość, że jeśli nie będziesz tego realizował to przegrasz, więc musisz odpuścić strach. Nie bój się, jedź, rób i tyle.

KB: Wobec tego od czego zacząć próby, podejście do życia bez samoutrudniania, czyli spełnienia?

Bardzo fajne pytanie zadałeś, mogę jedynie podzielić się swoim spojrzeniem na to.

Jest pewien obszar rzeczywistości wokół nas, w której musimy nauczyć się funkcjonować, żeby te elementy, które w niej są wziąć i poskładać sobie własną misję i nad tym faktycznie trzeba popracować. Gdzieś te wstępne wibracje, w którą stronę chcesz się rozwijać znasz, czyli czy jesteś artystą – malarzem, tancerzem czy np. piosenkarzem, czy raczej nauki ścisłe. Ta wiedza pozwala Ci przyciągać prawdopodobieństwa kolejnych zdarzeń. Tak naprawdę jeszcze nie wiesz gdzie Ci się to dopełni. Mówiąc inaczej wiesz do czego Ci bliżej i na tym polega ta praca i to jest pierwszy etap.

Natomiast, żeby to potem dobrze zafunkcjonowało potrzebny jest etap drugi, czyli świadomość pewnego złożenia, skomplikowania i relatywizmu rzeczywistości, to znaczy, np. jaka jest wartość złota, jaka była wartość franka, gdy ludzie brali w nim kredyty, a jaka jest dzisiaj wartość złota czy walut. A jak jest wartość wody, gdy Etiopia zamyka dopływ wody do Egiptu i Nil będzie kilkukrotnie mniej zasobny w wodę. Jaka jest wartość bezpieczeństwa światowego, naszego osobistego.

Na ile mamy ubezpieczyć się nie mając pojęcia o ewentualnym prawdopodobieństwie globalnego konfliktu. Takich czynników nie widzimy, i gdy to wszystko jest bardzo względne i bardzo, bardzo zmienne, dlatego popatrzyłbym na to nie ze strachem, o rany to wszystko się zmienia, gdyż zmiany zawsze były i oczekiwanie stabilizacji i bezpieczeństwa jest iluzją, która wpędza w pułapkę.

Popatrzyłbym na to, jak na szansę, możliwości i odłączyłbym to od wszelkich Twoich projekcji, jak ma być. Odrzuć wszelkie scenariusze i przyjmij, że wszystko może się wydarzyć i zastanów się jak Ty możesz na to reagować. Zacznij oduczać się wszystkiego co wiesz i obserwujesz, gdyż np. nie będzie tak, że ludzie będą kontaktowali się przez telefon, nie będzie tak, że ludzie będą jeździli swoimi samochodami i wlewali do baków paliwo. Wiele rzeczy będzie zupełnie innych.

KB: Tak jak obecnie jest z listami pisanymi ręcznie. Osobiście nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałem jakikolwiek list napisany ręcznie.

GO: Pewnie w podstawówce (śmiech).

I to wszystko się zmienia i dopuszczasz wszelkie możliwości stosując dwuetapowy proces, w którym najpierw się uczysz i doświadczasz, a później oduczasz się tego wszystkiego względnością rzeczy.

Jednocześnie wybieraj obszary z Twojego funkcjonowania życiowego unikając zbędnego ryzyka i zaglądania tam, gdzie nie tylko możesz coś zrobić, ale i stracić zdrowie czy życie. gdyż jest to głupotą. Intuicyjnie będziesz wiedzieć, które z tych tematów czy wyborów są dobre i w miarę przyjaznym otoczeniem, a które są złe i tak się poruszaj.

KB: I ostatnie pytanie: jakie masz sposoby na samoutrudnianie?

Odpuść. Po angielsku release, czyli daj rzeczom, zdarzeniom dziać się samym, bez napinania się, że wszystko trzeba organizować do końca. W pewnym momencie rzeczy zaczynają się wyłaniać właściwe rzeczy, takie na poziomie intuicji i głębszego poznania świata i rozumienia tego co ustaliła fizyka kwantowa, czyli ile zależy od obserwatora. Czyli wystarczy, że przestaniesz na siłę pisać plany i upierać się co do swoich projekcji celów, a po prostu odpuść i zacznij funkcjonować z odważną wizją życiowo-zawodową tego co naprawdę chcesz zrobić. To co powinno się od razu robić. Nie powinno robić się żadnej kariery, ale od razu swoją misję życiowo-zawodową. Robienie kariery to już jest wchodzenie w projekcje, to już jest zasłanianie się, to już jest mówienie sobie, że najpierw muszę skończyć studia, później zdobyć doświadczenie i dopiero wtedy będę mógł coś zrobić.

To jest nieprawda. Po prostu realizuj swoją misję, a podczas tego poznasz wszystko co potrzebne, zdobędziesz doświadczenia i nie będziesz musiał później się tego oduczać, zresztą zgodnie z tym co piszesz na swoim blogu w artykule pt. Oduczanie, to najlepsza nauka

Po co się później oduczać tych wszystkich wzorców, które tak naprawdę są tylko mapą interpretacyjną po to, aby móc się z powrotem zamknąć i z powrotem sobie utrudniać realizację tej wizji.

Zdjęcie tego jest momentem, momentem, w którym przestajesz się bać, bo i tak po pierwsze przecież umrzemy, życie jest krótkie, więc nie warto robić rzeczy małych i od razu trzeba speedować do przodu pełną parą.

Po drugie ustalić z czym rezonuje Twoja energia, z jaką wizją. Jeżeli to Ci się wyłania w sposób klarowny i ma to taki charakter powołania, to wówczas się niczego nie boisz i służysz tej wizji i ją dopnij.

Gdy już ją dopniesz to usiądź na werandzie, napij się dobrego alkoholu patrząc na zachodzące słońce i powiedz: dobra zrobiłem swoje.

KB: A kiedy siadasz na tej werandzie? Masz na myśli pod koniec życia, czy raczej wcześniej?

GO:  Teraz, zaraz, gdyż spełniony jesteś od samego początku, masz spójną wizję, masz power, masz skrzydła, lecisz, dużo się poświęcasz, bardzo mocno pracujesz. Potem porywasz innych za sobą, bo jeśli robisz to tylko dla siebie, to raczej się nie uda, gdyż jesteś w jakiejś społeczności, współuzależnieniu od innych. I gdy inni pójdą za tobą, za twoim działaniem, ale nie w sensie bycia liderem, ale w sensie, że to co robisz ma wpływ na innych ludzi i będziesz to odczuwał, to będziesz mieć dużo pracy.

Później ta praca się usystematyzuje, potem będzie miała jakiś naturalny bieg i flow i gdy będą występowały procesy w tym Twoim dziele stworzenia, to wtedy będzie to już samo grało, turkusowo się wzmacniało, to wtedy możesz usiąść sobie na tej werandzie, ale Ty już jesteś spełniony od samego początku. Nie ma tak, że spełnienie jest na samym końcu, ono pojawia się, gdy Ty pozbywasz się SamoUtrudniania.

selfie Grzegorz Osóbka i Karol Bartkowski

To było świetne spotkanie przepełnione po brzegi doświadczeniami wprost od doświadczonego i spełniającego się przedsiębiorcy Grzegorza z Umbrella.pl

Pozdrawiam
Karol

Pomysłodawca projektu SamoUtrudnianie.pl

Jak Przestać Się Zamartwiać

osoba, która lubi się zamartwiać i wesoła osoba obok siebie

Jak przestać się zamartwiać.

Właśnie czytam książkę, której autorem jest Dale Carnegie pt. „Jak przestać się martwić i zacząć żyć”, w której przedstawia metodę Willisa Carriera (tak to ten, który nazywany jest ojcem klimatyzacji) składającą się z 3 kroków.
Oto one:

1. Zadaj sobie pytanie, jakie mogą być najgorsze konsekwencje tego co się wydarzyło?

2. Przygotuj się psychicznie na ich przyjęcie.

3. Potem spokojnie, wychodząc od najgorszego, próbuj ratować, co tylko się da.

Tu natomiast jest fragment książki, w którym Carrier podaje swój przykład, który zapoczątkował tę metodę:

Kiedy byłem młody – powiedział mi pan Carrier- pracowałem w Buffalo Forge Company w stanie Nowy York. Powierzono mi zainstalowanie oczyszczającej paliwo w wartej miliony dolarów fabryce należącej do Pittsburgh Plate Glass Company w Crystal City w Missouri. Miała ona ona usuwać zanieczyszczenia z paliwa, aby nie szkodziły silnikom. Metoda była zupełnie nowa. Wcześniej zastosowano ją tylko raz, i to w zupełnie innych warunkach. Podczas pracy napotkałem nieprzewidziane trudności. Instalacja działała, ale nie tak dobrze, by sprostać gwarantowanej przez nas jakości.

To niepowodzenie zwaliło mnie z nóg. Czułem się tak, jakby ktoś zdzielił mnie w głowę. Wszystko się we mnie przewracało. Byłem tak zmartwiony, że przez pewien czas nie mogłem spać.

Wreszcie odzyskałem zdrowy rozsądek i zrozumiałem, że zamartwianie się w niczym nie pomoże. Spróbowałem znaleźć sposób rozwiązania mojego problemu. Wpadłem na świetny pomysł. Od tego czasu minęło już ponad 30 lat. Wciąż stosuję tę technikę. Jest bardzo prosta i przyda się każdemu. Składa się z trzech etapów.

Etap I. Przeanalizowałem sytuację na zimno i uczciwie, aby stwierdzić, jakie konsekwencje mogą wyniknąć z tego niepowodzenia. Nikt nie chciał mnie za to rozstrzelać ani wpakować do więzienia. To jedno było pewne. Istniała natomiast możliwość, że stracę pracę. Mogło też się zdarzyć, że moi pracodawcy będą musieli usunąć całą instalacje i stracić zainwestowane 20 tysięcy dolarów.

Etap II. Po przeanalizowaniu wszelkich możliwych konsekwencji postanowiłem, że w najgorszym razie po prostu je poniosę. Powiedziałem sobie: To niepowodzenie jest ciosem dla mnie i mogę stracić pracę. Ale nawet jeśli tak się stanie, zawsze przecież znajdę inną, choćby na gorszych warunkach. A jeśli idzie o moich szefów, to zdają przecież sobie sprawę, że był to eksperyment i jeśli doświadczenie to ma kosztować ich 20 tysięcy dolarów, jakoś to muszą znieść. Mogą to wliczyć w koszty badawcze na przykład.

Kiedy już przemyślałem najgorsze z możliwych konsekwencje zaistniałej sytuacji i postanowiłem, jeśli trzeba , pogodzić się z nimi, stało się coś bardzo ważnego: natychmiast odetchnąłem i poczułem spokój, jakiego nie zaznałem przez wiele dni.

Etap III. Od tej chwili z całym opanowaniem poświęcałem czas i energię na próbę polepszenia najgorszego wariantu sytuacji, z którymi już się pogodziłem. Próbowałem znaleźć sposób i środki, które zmniejszyłyby stratę finansową naszej firmy. Odkryłem, że zainwestowanie dodatkowych 5 tysięcy dolarów rozwiąże nasz problem. Tak też się stało i zamiast stracić 20 – zarobiliśmy 15 tysięcy dolarów.

Z pewnością nigdy bym tego nie dokonał, gdybym się martwił, ponieważ wtedy traci się zdolność koncentracji. Kiedy mamy zmartwienie, myśli są rozbiegane i nie potrafimy podjąć decyzji. Jeśli jednak zaakceptujemy najgorsze rozwiązanie – weźmiemy wyobraźnię w karby, co pozwoli nam skoncentrować się na problemie.

Profesor William James ojciec psychologii stosowanej, mówił swoim studentom „Zaakceptujcie fakty. Zróbcie to, ponieważ akceptacja tego co się wydarzyło, jest pierwszym krokiem do sprostania ich konsekwencjom”.

Prawdziwy spokój umysłu przychodzi po zaakceptowaniu najgorszego. Dla naszego umysłu oznacza to, jak sądzę, uwolnienie energii.”

Daj znać proszę w komentarzu co o tym myślisz, a gdy wypróbujesz to koniecznie podziel się spostrzeżeniami, a w sprawie warsztatów zapraszam do kontaktu.

Pozdrawiam
Karol

 

Perfekcjonizm, jako objaw samoutrudniania

Obrazek starego auta na pustyni z napisem perfekcjonizm

Perfekcjonizm, jako objaw samoutrudniania.

Nie wiem czy powinienem pisać ten artykuł, bo przecież mogę nie najlepiej ująć to zagadnienie, może nie wyrażę się zbyt jasno, a może użyte słowa będą niewłaściwe. Mimo iż jest to już 6 poprawka tego tekstu to nadal nie czuję pełnej satysfakcji, więc może po prostu zostawię go jako szkic, bo przecież blog i tak jakoś się obroni…

Daleki jestem od wyśmiewania takiego postępowania czy też bagatelizowania go, gdyż obserwuję coraz więcej osób borykających się z perfekcjonizmem.

Tylko zaraz, zaraz, skąd wiadomo, kiedy jest perfekcjonizm, a kiedy wysoki poziom dokładności, no i jeśli już występuje, to skąd perfekcjonizm się bierze?

Jak podaje encyklopedia PWN perfekcjonizm to:
[łac. perfectio, -onis  ‘doskonałość’], filoz. stanowisko w etyce normatywnej uznające za najwyższą wartość moralną doskonałość osobistą (perfekcjonizm indywidualny) lub całej zbiorowości (perfekcjonizm kolektywny), a dążenie do jej osiągnięcia za wyznacznik moralnego postępowania.
W starożytności perfekcjonizm był częstym składnikiem głównie etyki stoickiej, a w czasach nowożytnych — etyki I. Kanta (rygoryzm moralny).

Czyli nie ważne co robisz, ważne jak robisz. Nie ważne jakie są potrzeby, oczekiwania, ważne, że ma być idealnie…
… i dlatego są ludzie, którzy prasują skarpetki i majtki/slipy oraz ręczniki lub mieszkają 20 lat w piwnicy, gdyż idealnie wykańczają zakupiony dom i nie jest to kwestia ograniczonego budżetu (osobiście znam taką parę).

Obserwując postępowanie perfekcjonistycznych osób dochodzę do wniosku, że występuje cienka granica pomiędzy dokładnym wykonaniem, a perfekcjonizmem i gdyby o mnie chodziło, to zacząłbym się bać. Gdybym wykonując zaplanowaną lub spontaniczną czynność większość uwagi i energii skupiał na dokładności wykonania nieustannie poprawiając, ulepszając, aby na koniec i tak nie być zadowolonym (wiem nieperfekcyjnie długie zdanie 🙂

Obawiałbym się gdyby kreatywność, przyjemność z pracy i oczekiwana satysfakcja były od początku przykryte grubą, ciężką i szczelną płachtą perfekcjonizmu, który niejako z automatu odbiera wszelką radość z samej pracy i jej efektów.

To tak, jakby odczuwać okropne zmęczenie i fizyczne, i psychiczne od tygodnia tylko na samą myśl o nadchodzącym egzaminie czy ważnym wystąpieniu publicznym przed kilkusetosobową grupą słuchaczy. Czyli nieważne, że się przygotowuję. Nieważne, że otaczają mnie pomocni ludzie, nieważne też, że jestem w tym dobry – ważne, że z góry zakładam, że i tak nie będzie idealnie.

Straszne!!!

A skąd perfekcjonizm? W tej chwili do głowy przychodzi mi myśl, że jak się człowieki naoglądają tych idealnych bohaterów, to trudno nie odnieść wrażenia, że cokolwiek byśmy zrobili, to i tak bohater filmowy/celebryta zrobi lepiej. No bo czy widział ktoś „prawdziwego” hero, który się przejęzycza, nie zna drogi, nie wie co powiedzieć? Mało tego nawet, gdy popełnia śmieszny czy karygodny błąd, to i tak na końcu filmu okazuje się, że to było specjalnie i że to było ukartowane i że jest takim srategiem (pisownia oczywiście nieprzypadkowa :), jakiego świat nie widział. Taki srateg jak on, to nawet swoje własne ruchy przewiduje, zanim je przewidzi, ha!

Czy to wszystko? Nie, z pewnością nie, ale trudno zaprzeczyć, że coś w tym jest i gdy czytamy te wszystkie historie cudownych dzieci, zwłaszcza amerykańskich, to z naszymi wynikami wypadamy blado. Ba wręcz nie wypadamy w ogóle, bo nawet nie przyjdzie nam do głowy, aby się porównywać. Z ideałem? W życiu!

Tymczasem przychodzi taki moment, w którym to my stajemy się bohaterami i to w nas ktoś  się wpatruje, i to od nas ten ktoś się uczy…
… dziecko, rodzeństwo, pracownik, etc.

A jak perfekcjonizm się ma do SamoUtrudniania? Nawet nie będę pisał, nawet nie będę próbował tego wyjaśnić bo i tak nie zrobię tego idealnie, bo i tak nie będę zadowolony, więc sobie to odpuszczę…
… pomyślał perfekcjonista i cały misterny plan…

… gdyby jednak, była chęć zapoznania się z tematem bliżej i zainicjowania ważnych życiowych i zawodowych zmian, to zapraszam do kontaktu w sprawie warsztatów.

Pozdrawiam
Karol Bartkowski

 

Niesamowite, ale są ludzie, którzy wręcz uwielbiają mieć kłopoty…

Rysunek dwóch mężczyzn wyrywających sobie worek z pieniędzmi, jako symbol do tematu ludzie uwielbiają mieć kłopoty

Niesamowite, ale są ludzie, którzy wręcz uwielbiają mieć kłopoty…

Janusz jest 33 letnim facetem. Właśnie rozpoczął nową pracę, w 4 firmie tylko w tym roku i obiecuje sobie, że teraz będzie inaczej – teraz odniesie sukces i dokona tego samodzielnie.

Jest ciepły lipcowy dzień, właściwie to dopiero 2 tydzień pracy, więc nie ma co za bardzo szaleć w pracy, trzeba się wdrożyć pomału, poznać zwyczaje, specyfikę, ludzi. Za prawdziwą robotę weźmie się we wrześniu, gdy wszyscy wrócą z urlopów (ulubione stwierdzenie „pracusiów”), choć on sam i 98% innych osób na urlop się w te wakacje nie wybiera.

Minął pierwszy miesiąc i nadszedł dzień wypłaty…

– Co? Ile? – wykrzyknął Janusz niezadowolony kwotą przelewu. – Dam im jeszcze jeden miesiąc szansy, jak się nie ogarną, to spadam.

W nowym miesiącu pojawiły się dodatkowe obowiązki, wstępne plany do zrealizowania i oczywiście dopytywania ze strony przełożonych o jego samopoczucie, plany i pomysły na pracę.

– „Zaczyna się” – pomyślał Janusz i oddał się rozmyślaniom, o tym jak to ci wszyscy szefowie i firmy są takie straszne…

Tak mijały tygodnie, ale nie miesiące, bo gdy ktoś już się pomylił przy rekrutacji, to nie oznacza, że jest ślepy i głuchy na bieżące sygnały i Janusz otrzymał ostatnie ostrzeżenie.

Co teraz?

Teraz się zacznie właściwy tryb, czyli Janusza wychodzenie z bagna.  Jest to jedyna strategia, którą on zna i którą opanował w stopniu mistrzowskim, co oznacza że każde wyjście na prostą zaliczane jest do wielkich sukcesów, więc im bagno gorsze, tym sukces większy – ot paradoks.

Oznacza to, że ludzie:

– są gotowi popaść w ogromne tarapaty, aby wychodząc z nich poczuć się jak olimpijczyk ze złotym medalem;

– nie zdają sobie sprawy z tego, że wyjście z problemu na poziom zero, to dopiero pierwszy i czasem najłatwiejszy etap;

– mając życiowy cel – wyjście z bagna – nie zdają sobie sprawy,  że po jego osiągnięciu kolejna przepaść znów blisko i tak w kółko;

Dla Janusza i wielu mu podobnych osób sinusoida sukcesów nabiera ujemnych wartości i stanem „normalnym” staje się niezbyt duży dług czy niezbyt silna depresja, zamiast mniejsze, ale jednak oszczędności czy szczęście czyli wartość dodatnia.

W tak „zorganizowanym” świecie destrukcyjne nawyki nawarstwiają się i tworzą nowego, bezradnego człowieka – ofiarę, który podświadomie poszukuje takich miejsc, ludzi czy sytuacji, które zaprowadzą go w bagno. Wszystko to po to, aby odnieść kolejny wielki sukces – wyjść na prostą!

A później?

Później znowu poszuka się problemu i tak w kółko.

Co więc zrobić, aby z tym skończyć?

To sprawa bardzo indywidualna, jednak to co może uczynić każdy, to:

Po pierwsze zauważyć, że tak postępuję.
Po drugie pracować nad nawykami zaczynając od niewielkich zmian w działaniu.
Po trzecie opracować sobie plan np. odkładania pieniędzy lub robienia powtarzalnej czynności w krótszym czasie lub oddawania prac przed terminem itd.
Po czwarte znaleźć kogoś, kto może nam pomóc.
Po piąte dać sobie na zmianę czas nie oczekując jednominutowej metamorfozy i radykalnej zmiany.

Jak potoczyła się historia Janusza?

Janusz miał to szczęście, że trafił do firmy, w której prowadziłem szkolenie z poskromienia SamoUtrudniania dla managerów i jego szef zaprosił go na rozmowę. W kilkanaście minut przedstawił swoje obserwacje i jednocześnie obawy co do schematycznego działania Janusza.
Następnie polecił mu ten właśnie blog i zaproponował wsparcie oraz cykliczne spotkania i rozmowy.

Po zaledwie 3 miesiącach Janusz zmienił kilka swoich najbardziej destrukcyjnych nawyków i zaczął cieszyć się pracą, która to z kolei przynosząc mu coraz lepsze rezultaty finansowe (wzrost sprzedaży własnej) stała się utrwalaczem zaistniałych zmian.

Jak widać nasza psychika jest oparta o największy geniusz we wszechświecie, który jednocześnie aż na odległość trąca okropnym lenistwem i uwielbieniem do chodzenia na skróty – mowa oczywiście o ludzkim mózgu.

Nie dajmy mu rządzić (artykuł na ten temat znajdziesz TU) , gdyż małymi, ale stanowczymi krokami sprowadzi nas na manowce.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie
Karol

 

SamoUtrudnianie w pracy – przykłady handlowca, HR i inwestora.


SamoUtrudnianie w pracy – przykłady handlowca, HR i inwestora.

Adam jest handlowcem z 10 letnim doświadczeniem korporacyjnym w bankowości, obecnie w od 2 lat w niewielkiej firmie finansowej.

Problem: Gdy tylko zbliży się do planu miesięcznego w pierwszym tygodniu, to przez następne 2 praktycznie wyłącza się z działań, aby ruszyć z impetem w ostatnich kilku dniach.

Możliwa przyczyna: Adam za wszelką cenę chce rozświetlić swoją samoocenę. Potrzebuje zewnętrznych czynników, aby poczuć się dobrze sam ze sobą i gdy tylko odniesie sukces (duża sprzedaż), to mimowolnie odpuszcza. Wszystko po to, aby utrzymać przyjemny stan jak najdłużej.

Dlaczego tak robi?

Dlatego, że rzucenie się w dalszy wir pracy mogłoby odebrać mu pewność siebie zbudowaną dużą sprzedażą i woli nie podejmować działań, gdyż jeśli kolejne spotkania nie przyniosą żadnych lub tylko mizerne efekty to cały misterny plan…

Oczywiście mija i to i gdy zbliża się koniec miesiąca lub kwartału, to zaczyna ponownie swoją aktywność, gdyż po prostu nie ma innego wyjścia i chce zarobić swoje, a także wyjść z twarzą wobec przełożonego.


Ela pracuje w HR w dużej firmie i ostatnio przygotowała oraz poprowadziła bardzo duży projekt szkoleniowy, który okazał się ogromnym sukcesem. Niemalże każdy uczestnik i jego przełożony był zachwycony i wychwalał Elę pod niebiosa.

Problem: Jednak od tamtej pory minął już rok, a Ela wciąż szuka, a później odrzuca, szuka i ponownie odrzuca każdą ofertę i propozycję, choć w tym czasie jej koleżanki i koledzy przeprowadzili po kilka projektów. Na pewno nie tak spektakularnych, ale bardzo dobrych i dobrych.

Możliwa przyczyna: Ela wciąż żyje przeszłością i nieświadomie połączyła się emocjonalną cumą z tamtym wydarzeniem i po prostu boi się, że następne projekty nie będą już tak doskonałe, więc bawi się w drobiazgowca i czepiając się szczegółów odrzuca wszelkie oferty.

Dlaczego tak robi?

Dlatego, że żyje nadzieją, iż ponownie uda się jej odnieść duży sukces, gdyż to uczucie tak szybko uzależnia, a jednocześnie podświadomie boi się, że aż tak dobrze, to już jej nigdy nie wyjdzie. Dlatego obawia się zerwać lub nawet poluzować cumę i wypłynąć na nieznane wody.

Jednak tak u niej, jak i u wielu osób zazwyczaj takie postępowanie kończy się zwolnieniem lub, jak w przypadku gwiazd estrady, kina czy sportu – zapomnieniem.


Tomek jest od niedawna inwestorem giełdowym. Los był dla niego łaskawy i zarobił sporo pieniędzy w ciągu kilku miesięcy. Rozochocony sukcesami przyjął od inwestorów znaczne pieniądze obiecując wysokie zyski.

Problem: Doprowadził do straty większości kapitału inwestując „na siłę” wypracowane zyski popadając w tarapaty finansowe, jednak nie zważając na to wciąż się zapożycza licząc na ten jeden ekstremalnie wspaniały deal.

Możliwa przyczyna: Tomek „upił” się endorfinami powstałymi na skutek sukcesów, nieoczekiwanych zysków i zaufania inwestorów.

Dlaczego tak robi?

Zaślepiony jest emocjami. Zbyt szybko i nieoczekiwanie osiągnął sukces i połechtał swoją samoocenę, która nie lubi, gdy jej się odbiera raz już uzyskaną glorię i chwałę.

Teraz zachowuje się jak tonący, który na tyle boleśnie odczuł stratę, że jest mu wszystko jedno i teraz ma silne pragnienie odbić się od dna. Niestety jednak nie ma w tym żadnej logiki, ani też nie wspiera tego żadna wiedza, doświadczenie czy mentoring.

Zalecane działania dla osób z przykładów.

1.  Zrozumienie, że dalsze tkwienie w toksycznej pułapce będzie pogrążać jeszcze bardziej.
2.  Podjęcie decyzji o zatrzymaniu podążania za nawykowymi schematami.
3.  Uzupełnienie wiedzy na temat SamoUtrudniania i towarzyszących mu innych mechanizmów psychologicznych.
4.  Znalezienie osoby, która udzieli wsparcia i opracowanie planu zmiany.
5.  Spokojne, konsekwentne wprowadzanie planu w życie.

Trudne? Raczej tak.

Dlaczego? Z powodu „choroby” natychmiastowej gratyfikacji.

Możliwe do zmiany? Oczywiście!

Wartość dodana usunięcia SamoUtrudniania? Wzmocnienie swojej samooceny i uelastycznienie jej w każdym z obszarów swojego JA.

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do kontaktu w sprawie warsztatów.

 

Pozdrawiam
Karol

Kto tu żądzi? Ty czy Twuj muzg? Czyli warzna wiedza o procesie uczenia się

Tory kolejowe, symbolizujące ograniczenia w i nawykowe myślenie

Kto tu żądzi? Ty czy Twuj muzg? Czyli warzna wiedza o procesie uczenia się

 

Jestem ciekaw jak rozkłada się procent osób, które :

  1. Przeczytają treść, nie zauważywszy błędów w tytule.
  2. Przeczytają treść z nadzieją na pośmianie się z analfabety.
  3. Przejdą od razu do formularza kontaktowego i prześlą mi miłą lub
    „miłą” wiadomość informującą o błędach.
  4. Nawet nie zajrzą oburzone, zniesmaczone etc.

Dlaczego o tym piszę?

Okazuje się, że nasze mózgi uwielbiają wszelkie drogi na skróty (być może ze względu na ogromną ilość podświadomych procesów?) do tego stopnia, że wszelkie uzyskiwane świadomie lub nie świadomie informacje najczęściej przyjmuje tylko częściowo.

Co stanowi poważny problem w całym procesie nauki, gdyż nie wiedząc o tym procesie zdajemy się na łaskę zapracowanego i skupionego na naszym bezpieczeństwie mózgu, który:

Chętnie opiera się na posiadanej już wiedzy i odrzuca inne warianty
i możliwości ze zwykłej wygody i bezpieczeństwa;

Ten problem, w brew pozorom dotyczy ekspertów i specjalistów w określonej dziedzinie i książkowo wręcz łączy się z SamoUtrudnianiem, a dokładniej z ochroną samooceny.

Ekspert, któremu wielokrotnie potwierdzono, że jest ekspertem właśnie będzie dążył do utrzymania tej opinii poprzez spowolnienie własnego rozwoju w celu ochrony samooceny, a zwłaszcza wtedy, gdy kilka razy spotkał się z zagadnieniami w jego dziedzinie, o których nie wiedział.

Naturalnym wówczas odruchem jest wycofanie się, aby zweryfikować swoją wiedzę i ocenić powagę sytuacji. Jednak wystarczy, że problem się oddali i w tym czasie ekspert znów otrzyma kilka potwierdzeń swojej pozycji, a mózg przyjmie to z ulgą i skutecznie zniechęci do dalszej eksploracji zagadnienia. (częściowo przypomina to efekt Krugera-Dunninga, o którym poczytasz TU.

Najchętniej przyjmuje tylko te informacje, które są zgodne z jakimikolwiek już posiadanymi;

Można to sobie wyobrazić, że nasza wiedza to misterny witraż składający się z elemencików o określonym kształcie, kolorze, gramaturze etc. Jeśli więc nie panujemy świadomie nad zdobywaniem wiedzy, to przyswajamy jej tylko tę część informacji, którą nasz mózg naturalnie uzna za pasującą do jego własnego wzoru.

Daje się nabierać na efekt halo; 

Załóżmy, że nasz znajomy podsunął nam świetny pomysł na rozwiązanie naszego problemu z samochodem. Na początku niechętnie, ale spróbowaliśmy i o dziwo okazało się, że było to rozwiązanie wręcz genialne.

Minęło trochę czasu i znów skorzystaliśmy z rady naszego znajomego, która też pomogła pomimo iż dotyczyła posadzonych w naszym ogródku drzewek i gdy sytuacja powtórzy się chociaż 3-4 razy, to do kogo ruszymy z następnym problemem?

Oczywiście, że do znajomego, tylko pozostaje pytanie czy będziemy jednak weryfikować otrzymane od naszego „eksperta” rozwiązania? Czy będziemy mieli na tyle odwagi? Czy będziemy mieli na tyle chęci?

Jak się przed tymi skrótami bronić? (choć czy to nie brzmi paradoksalnie, żeby bronić się przed własnym mózgiem?)

Kilka pomysłów:


„Odrywajmy” się od schematów myślowych poprzez zmianę otoczenia i zamiast w biurze, jak co dzień popracujmy na plaży lub też w biurze, ale zaprzyjaźnionej firmy.O pomoc w rozwiązaniu problemu poprośmy osoby, które teoretycznie kompletnie się na rozwiązaniu nie znają, jednak mogą rzucić nieoczekiwanie inne światło. Pod warunkiem jednak, że pozwolisz „innokształtnej” wiedzy dotrzeć do Twojej świadomości.


Poczytajmy prasę, książki, blogi czy wiadomości na tematy zupełnie dla nas nieznane, ale z nastawieniem na „dziurawienie” zapory, która wpuszcza to co znane;Dla mnie, 5 lat temu takim tematem była psychologia, która dzisiaj jest tym głównym 🙂 Innym zagadnieniem była wiedza o naszym organizmie od budowy, po procesy chemiczne i hormonalne. Poza tym kryptowaluty, metale szlachetne, ale i ezoteryka, bioenergoterapia, astrologia i wiele innych.


Świadomie nie dowierzaj wiedzy ekspertów, w tym również swojej!Świadomie zadawaj sobie przeróżne pytania, np. a co jeśli to nieprawda?
A co jeśli to nie pasuje do mojej sytuacji? A co jeśli zrobiłabym/zrobiłbym odwrotnie?

Pytaj u źródła. Jeśli przeczytasz jakąś książkę, artykuł lub opracowanie naukowe, to napisz do autora wiadomość z kilkoma pytaniami – ta strategia szybko nauczy Cię wnikliwego zgłębiania wiedzy, gdyż jeśli chcesz o danym temacie podyskutować z autorem, to oznacza, że musisz go dostatecznie, a przede wszystkim świadomie zgłębić.
Zrób tak chociaż raz na 3-6 miesięcy.

A co wspólnego z tym artykułem mają błędy w tytule?
Pomyśl samodzielnie i zapytaj autora 🙂 pisząc na adres karol@samoutrudnianie.pl

Pozdrawiam
Karol

 

Oduczanie to najlepsza nauka

Oduczanie to najlepsza nauka

Obserwacje ➡️ doświadczanie.
Obserwacje ➡️ zmiany.
Obserwacje ➡️ efekty.

Stosując tą prostą w brzmieniu, ale niełatwą w zastosowaniu strategię odkrywam wciąż nowe możliwości i efekty jakie daje praca nad eliminowaniem
SamoUtrudniania.

Okazuje się, że na pewnym etapie rozwoju i eksperckości potrzebujemy wykonać krok w tył, aby następnie ruszyć ostro kilka kroków w przód.

Efekt Krugera-Dunniga

Zjawisko to zostało opisane w eksperymencie Justina Krugera i Davida Dunninga, i nazwane efektem Krugera-Dunniga (w wersji oryginalnej nazwiska są w odwrotnej kolejności, czyli Dunnig-Kruger effect).

Obaj Panowie odkryli, że:

  1. Osoby o niskich kompetencjach w danej dziedzinie mają tendencję do przeceniania swoich możliwości.
  2. Osoby o wysokich kompetencjach mają tendencję do niedoceniania swoich możliwości.
    Po więcej o efekcie Krugera-Duninga odsyłam do wujka google i cioci Wikipedii.

Wracając tymczasem do tematu wpisu i drugiego punktu odkrycia Panów z Uniwersytetu Cornella, okazuje się, że trend nakazujący permanentny rozwój jednostki w każdym lub przynajmniej wielu obszarach (np. pracownika, eksperta, lidera, kierowcy, żony/męża, matki/ojca, dietetyka, obywatela i wielu, wielu innych) może prowadzić i często prowadzi do „przeładowania systemu”.

Czyli?

2 + 2 ≠ 4

Czyli wielokanałowego połączenia poszczególnych elementów różnych zagadnień i w konsekwencji właściwie niemożliwe do przewidzenia reakcje umysłu na te sojusze…

Czyli 2+2 raczej nigdy nie równa się 4, gdyż stale pobudzony mózg, któremu odbieramy prawo do w pełni naturalnego stanu bezczynności, a tym samym regeneracji psycho-fizycznej, jak i ugruntowania wiedzy, pracuje nieustannie  (o wyłączeniu wyłącznika przeczytasz w dalszej części wpisu).

Dzieje się tak dlatego, że nic we wszechświecie nie znosi próżni (nie mylić
z bezczynnością), czyli jeśli wprowadzimy do głowy np. zagadkę lub niewyjaśnione w pełni zagadnienie, to mózg nie spocznie dopóki nie znajdzie rozwiązania…

… i jak się okazuje często takie zagwostki dodajemy sobie nieświadomie, gdy jednego dnia czytamy artykuł np. o aferach w polityce, a drugiego słyszymy
o sukcesie reform wprowadzonych przez polityków.

Jest też i coś bardziej osobistego, gdy w ślad za spełnianiem życzeń dzieci
o najnowszych smartfonach idą alarmujące obserwacje, gdy widzimy, że na spotkaniach ze znajomymi nasze pociechy „rozmawiają” z nimi na czacie nie wydając z siebie praktycznie głosu poza śmiechem lub oburzeniem.

Podobnie rzecz ma się z naszą wiedzą zawodową, gdy raz słyszymy, że np. osobiste kontakty przechodzą do lamusa, a z drugiej, że najlepsze biznesy rodzą się z prawdziwych relacji itp.

Głód wiedzy i kortyzol

Jednak wracając do 2+2, to okazuje się, że wciąż dokładana wiedza + nasze obecne zasoby i doświadczenia powodują nieskończoną ilość wariacji, które tworzą się samoistnie w naszych rozpędzonych umysłach i co najbardziej niepokojące ich tempo lubi wzrastać pociągając za sobą „głód” kolejnej porcji wiedzy, która ma niby pomóc, ale działa zazwyczaj odwrotnie.

Dzięki temu zjawisku jest nam łatwo uwierzyć w niekompetencję lub trudno uwierzyć w naszą eksperckość, gdyż wciąż nienasycony i niezaspokojony umysł żąda wciąż więcej i więcej, a my chcemy wciąż lepiej i lepiej i ulegamy tej iluzji łaknąc kolejnych szkoleń, publikacji, wykładów i dyskusji, a tym czasem…

… tym czasem poprzez tak szaleńcze tempo i nadmiar bodźców nasz umysł
i cały organizm przyzwyczaja się do takiego stanu i traktuje go, jako „normalny” ignorując zupełnie niekorzystne skutki, jak choćby nadmiar kortyzolu produkowany przez nadnercza.

Kortyzol jest hormonem stresu i jest dość łatwy sposób, aby zauważyć jego nadmiar w organizmie – częste wizyty przy pisuarze. Dzieje się tak dlatego, że jest on szkodliwy i trzeba się go pozbyć.
Jednak ten objaw jest niczym w porównaniu z  nieuchronnym bawolim karkiem, twarzą księżyc w pełni, chudymi kończynami, czy otyłością brzuszną, które nie są już tak łatwe do usunięcia, a jakże niebezpieczne dla zdrowia i szpecące.”

Stan „normalny”

Ponadto ten „normalny” stan organizmu powoduje, że człowiek jest w trybie walki, czyli nieustannie działa układ współczulny – ten sam, który mają włączony żołnierze na polu walki, gdyż służy on utrzymaniu nas przy życiu.

Jednak z powodu braku „czegoś” mniej drastycznego i mniej agresywnego, organizm korzysta z tego co ma i po czasie zapomina, że to jest układ do zadań specjalnych i że na co dzień powinien korzystać z układu domyślnego, czyli przywspółczulnego.

Podczas działania tego układu organizm wycisza się i regeneruje, a umysł sortuje i utrwala wiedzę dając nam szansę na poprawne korzystanie z niej i tym samym poczucie bycia kompetentnymi ekspertami. Jednak rozpędzony umysł trudno zatrzymać tak jednym rozkazem, gdyż napełniony wiedzą i spragniony jej pochłaniania zachowuje się, jak rozpędzony pociąg, który im cięższy, tym trudniejszy do zatrzymania.

Zanim nadejdzie twardy reset i powierzchowność

Co więc zrobić?
Jakie działania podjąć już teraz, aby oczekiwane zmiany w ogóle nastąpiły i były trwałe?

Jedni naukowcy pracują nad substancjami, które mają zwiększyć wydajność naszych mózgów i zwielokrotnić szybkość przetwarzania danych oraz ich magazynowania. Jednak sama myśl o tym nastręcza mi skojarzeń z kalekimi sportowcami, którzy igrając z naturą i eksperymentując na własnym ciele nie najlepiej skończyli.

Z drugiej strony świadomi konieczności podjęcia działań możemy wpaść
w kolejną pułapkę zagadek, czyli zdobywanie wiedzy na temat wyjścia
z pułapki wpadając w kołowrotek kolejnych terabajtów wiedzy i wariacji, które mogą w konsekwencji doprowadzić do twardego resetu, czyli różnego rodzaju stanów lękowych czy chorób psychosomatycznych.

Jednocześnie brak zmian może doprowadzić do powierzchowności
w zgłębianiu wiedzy czy nawet relacji, gdyż magazynowanie będzie nastręczać jedynie problemów i frustracji. W takiej sytuacji jedynym kryterium działań, współpracy czy poszerzania wiedzy będzie spektakularny efekt.
Często bezrefleksyjny, okupiony stratami KRÓL EFEKT.

Kontr alternatywą jest powrót do korzeni czyli dyscyplina oduczania się lub blokowania nowej wiedzy w celu „ułożenia” się tej już posiadanej.

Efektem tego będą skoncentrowane i jasne przemyślenia, możliwość skupienia uwagi i kontrolowany proces wariacji, a także dostrzegalne, bardzo wyraźne tzw. przebłyski geniuszu, które obecnie nikną jak pojedyncza świeca na tle rozświetlonego miasta nocą. Jednak wsparte w procesie oduczania uwypuklą się jak ta sama, pojedyncza świeca na tle pozamiejskiego lasu nocą.

Pozdrawiam i zapraszam do kontaktu w sprawie warsztatów.
Karol

Jak pokonać STRACH przed dzwonieniem do klientów?

 

W dzisiejszych czasach można zaobserwować pewien paradoks, otóż z jednej strony mamy instynkty Flinstonów, czyli strach, „uciekaj albo walcz”,  a z drugiej chcemy być jak Jetsonowie, czyli opanowani, przewidywalni, oczytani.

Tylko jak wiemy chcieć, a być to duża różnica i niestety wypieranie  „pochodzenia” może tylko zaszkodzić i z pewnością szkodzi czego dowodem są wciąż rosnące wyniki sprzedaży alkoholu i innych Flinstonowskich sposobów na rozluźnienie spiętych Jetsonów.

Spiętych, gdyż niepotrzebnie obciążających się tymi wszystkimi powinnościami, byciem „jakimś”, małą liczbą lajków pod postem, czytaniem ludziom w myślach (np. ktoś mówi: nie chcą ode mnie kupić, bo pewnie konkurencja nagadała im o mnie głupot)… i jak tu być rozluźnionym panie?

Wracając jednak do sedna. Jak poradzić sobie ze strachem przed dzwonieniem?

Przestać wypierać z siebie Flinstona i zacząć nim być. Czyli przestać tyle myśleć, bo myślenie sprowadza na manowce, a czasem nawet szkodzi. Dowodem na to są właśnie pierwotne, podświadome instynkty, czyli takie, które uruchamiają się bez naszej woli i świadomej (myślowej) zgody np. gdy człowiek pierwotny pomyślał, że chce latać jak orzeł, to gdy jednak stanął nad przepaścią, to zazwyczaj szybko opadały mu skrzydła…

Natomiast kiedy był głodny to pomimo niebezpieczeństw szedł w las, polował i wracał z mięsem do „domu”. Nie myślał czy wypada czy nie wypada, albo co inni pomyślą i tu nie chodzi, aby być grubiańskim i chamskim lecz aby być skutecznym w przekonywaniu… SIEBIE…, gdyż to właśnie tu są największe blokady.

Blokady, które zawsze mają swoje głęboko ukryte przyczyny i właśnie cała sztuka polega na ich odkrywaniu, zmianie i zastosowaniu nowych rozwiązań.

Po co?

Aby zejść sobie z drogi. Gdyż to nie świat czy los przeszkadza Ci w dążeniu do lepszego życia, ale Ty sam/a.

A teraz najlepsze.

Znam na to sprawdzone metody, których uczę na jednodniowych warsztatach zamkniętych dla handlowców i na które w wakacje jest promocja – 50%.

Podczas szkolenia handlowcy pozbywają się SamoUtrudniania i schodzą sobie z drogi, następnie wykonują po 20-30 telefonów.
Po czym przestają mieć wymówki, a ich skuteczność szybuje w niebo.

Czas trwania: cały dzień.

Proszę o kontakt bezpośredni 505 10 60 11.

Pozdrawiam
Karol Bartkowski

Jak relacja Sprzedający – Kupujący utrudnia sprzedaż

Czarnoskóry mężczyzna siedzi na schodach z figurkami wieży Eiffla na sprzedaż, jako symbol Jak relacja sprzedający-kupujący utrudnia sprzedaż

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak relacja sprzedający-kupujący utrudnia sprzedaż.

Dzisiaj podzielę się refleksją na temat relacji Sprzedawca-Klient, a właściwie tym, jak taka relacja tylko utrudnia sprzedaż.

Otóż często zarówno managerowie, trenerzy, jak i sami handlowcy wprowadzają do procesu fałszywe dane nazywając jedną stronę sprzedawcą,
a drugą kupującym i to już podczas pierwszego spotkania, choć z drugiej strony od x lat powtarza się nam, że wszyscy jesteśmy sprzedawcami.

Czy to jednak nie wygląda tak, że na rozmowie handlowej spotyka się dwóch sprzedających? Przecież jeden sprzedaje np. usługę, a drugi wymówki, jeden zalety, a drugi obiekcje i tak przez godzinę… potrafi trwać ta „sprzedaż”.

A gdyby handlowiec wszedł na spotkanie z nastawieniem: „jestem kupującym”? Mogłoby się okazać, że przestanie sobie SamoUtdrudniać i zacznie naprawdę słuchać, uczyć się od tego drugiego sprzedawcy, dopytywać zaciekawiony, odpowiadać krótko, aby nie przeszkadzać i gdy ten najważniejszy „sprzedawca” już się wygada, to zapytać wprost i bez wahania:

To co kupujemy?

Jaka będzie odpowiedź? Sprawdź to.

Co jeszcze daje ta NIEtechnika? To, że handlowiec zamiast się wić ja piskorz, nie może się wręcz doczekać, kiedy zada to sakramentalne pytanie: To co kupujemy?

Jak to się ma do samoutrudniania?

Handlowiec przede wszystkim wychodzi z utartej i znanej wszystkim roli, czyli jestem ten „gorszy” bo sprzedaję i wkracza na ścieżkę równorzędnego partnera.

Usuwa dzięki temu takie SamoUtrudniacze jak:

  • nieśmiałość;
  • wybór zbyt trudnego zadania lub zbyt „trudnego” klienta;
  • prokrastynacja – w tym przypadku odkładanie zamknięcia sprzedaży;

Pozdrawiam
Karol Bartkowski

pomysłodawca SamoUtrudnianie pl

Zapraszam na warsztaty