SamoUtrudnianie – wyjaśnienie zagadnienia

SamoUtrudnianie jako napis na kurtynie w teatrze

 
SamoUtrudnianie.

Dlaczego człowiek sportu po doskonałym skoku, na zawsze znika ze świadomości kibiców i wręcz stacza się w społecznym znaczeniu?

Możesz również posłuchać wpisu klikając w logo YouTube

Dlaczego student akurat przed egzaminem idzie na imprezę, a dyrektor przed najważniejszym spotkaniem kładzie się spać nad ranem?

Dlaczego wielu przedsiębiorców zapomina o pozyskiwaniu klientów, gdy tylko zdobędzie duży kontrakt?

Dlaczego tak wielu handlowców po uzyskaniu rekordowej sprzedaży zwalnia obroty lub całkowicie blokuje się na dłuższy czas?

Co jest tego przyczyną i co z tym wszystkim wspólnego ma wysoka samoocena czy poczucie własnej wartości? A także, jakie jeszcze zaskakujące zachowania można spotkać u ludzi sukcesu?

Okazuje się, że przyczyną tych i wielu innych zachowań jest opisany w 1978 r. przez  Stevena Berglasa  i Edwarda Jonesa mechanizm samoutrudniania.

Jest to arcyciekawy mechanizm, który w swojej zmyślności i jednocześnie skrytości mógł być stworzony i stosowany tylko przez człowieka.

A na czym samoutrudnianie polega?

Polega na działaniu, które może utrudnić sukces, lecz w przypadku ewentualnej porażki pozwala na ochronę samooceny. Prawda, że sprytne?

Co to jednak dokładnie oznacza, czyli z polskiego na nasze.

Samoutrudnianie ma za zadanie chronić naszą samoocenę (paradoksalnie wysoką) nawet kosztem sukcesów i bogactwa!

Mechanizm ten działa jakby na wyrost i trochę na siłę, dlatego, że wywodzi się on z instynktów, które miały chronić nasze życie. Jednak obecnie, przez większość czasu nic nam nie grozi, więc tak jakby z potrzeby istnienia, przeobraził się on w obrońce tak ważnego dla nas poczucia własnej wartości
i wynikającej z niego samooceny.

A teraz wyjaśnię samoutrudnianie na przykładzie prokrastynacji.

Czyli chociaż wiemy, że terminy naglą, a sprawa ma najwyższy priorytet, to jednak odkładamy realizację na ostatnią chwilę wiedząc, że możemy mieć
z tego tytułu kłopoty. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że nasz umysł chce nas „ochronić”, tym razem przed ewentualnym rozczarowaniem, gdyby projekt nie wypalił lub jako twórcy zostalibyśmy źle ocenieni i niejako zmusza nas do prokrastynacji i mając w tym  konkretny, według niego cel. Gdyż jeśli okaże się, że nie wyszło, lub zostaliśmy źle odebrani, to usprawiedliwienie będzie jak znalazł.

Bo przecież trudno było zrobić wszystko jak należy, skoro tak późno się za to wzięliśmy, prawda? (Poczucie winy z powodu prokrastynacji ma  w tym przypadku mniejszą moc i mniej tym samym doskwiera niż skaza na samoocenie ).

Natomiast, jeśli odniesiemy sukces, to będziemy z siebie podwójnie zadowoleni, bo przecież pomimo tak późnego startu prac i tak odnieśliśmy sukces, czyli jesteśmy the best of the best of the best…

Inny przykład będzie o wiele bardziej zaskakujący. Budowanie zespołu.

Jak wskazują badania prof. Andrzeja Szmajke ludzie są gotowi dobierać do zespołu projektowego wyraźnie słabsze osoby, aby w przypadku niepowodzenia mieć usprawiedliwienie, a w przypadku znacznie trudniej osiągalnego sukcesu podwójnie się nim cieszyć.

Mało tego, okazuje się, że ludzie są gotowi celowo wybierać trudniejsze warunki pracy lub nie protestować przeciw nim tylko dlatego, aby mieć usprawiedliwienie dla ewentualnych słabych wyników własnych, które z kolei mogą być spowodowane czymś zupełnie innym lenistwem. SZOK, ale i fakt!

Ponadto w dłuższej perspektywie samoutrudnianie łatwo staje się nawykiem i jak zaraza rozprzestrzenia się na inne obszary naszego działania osłabiając m.in. naszą:

systematyczność – gdy kilka razy uda się osiągnąć dobry rezultat pomimo wyrywkowego działania, np. sportowiec wygra kilka zawodów choć trenował nieregularnie;

terminowość i dotrzymywanie słowa – jeśli uda się kilka razy uniknąć przykrych konsekwencji pomimo niesłowności i opieszałości;

zaangażowanie –  jeśli parę razy uda się uzyskać super wynik
np. w sprzedaży, pomimo “prześlizgiwania” się w trakcie pracy;

a nawet odporność na stres, na depresje, czy na ból – jeśli choć raz,
np. dzięki nagłemu bólowi głowy udało nam się uratować honor, posadę lub łatwo uzyskaliśmy znaczne korzyści;

i wiele, wiele innych, które opisujemy tu, na naszym blogu.

Na koniec poruszę jeszcze kwestię typów samoutrudniania.

Jak dowodzą nasi rodzimi eksperci – badacze profesorowie Dariusz Doliński (z prof. Dolińskim ściśle i bezpośrednio współpracujemy w projekcie SamoUtrudnianie.pl) i Andrzej Szmajke – samoutrudnianie odbywa się na poziomie:

zachowań – np. prokrastynacja;

emocji – np. depresja, ból głowy;

przekonań – np. dobieranie słabych członków do zespołu;

Podsumowując.

Mechanizm SamoUtrudniania stosujemy, aby ochronić naszą samoocenę w danej, konkretnej chwili czy sytuacji. Niestety jednak robiąc to nawykowo, bez świadomości narażamy się często na bardzo przykre konsekwencje. Przez co wydajemy się być pilotem, którym jest sterowany przez samolot.
Samolot o nieograniczonych możliwościach, używany tylko do dojazdu na sąsiednie osiedle, zamiast na sąsiednią planetę.

Dlatego skoro wiemy, że nasze umysły mają nieograniczone możliwości tworzenia i jeśli mogą wykreować tak wyszukane problemy, to znając właściwe narzędzia z naszych warsztatów mogą stworzyć o wiele bardziej potrzebne i kreatywne rozwiązania, a także wzmocnić nasz mentalny  obraz skutecznego siebie.

 

Zapisz się na nasz newsletter, aby być na bieżąco.

Pozdrawiam
Karol Bartkowski

Zapraszam na warsztaty

Czym jest samoutrudnianie

Samoutrudnianie – czym ono jest, a czym nie jest  oraz na czym polega.

Samoutrudnianie to, jak się okazuje bardzo zmyślna strategia naszego umysłu, która ma za zadanie CHRONIĆ nas, a właściwie naszą samoocenę.

Możesz również posłuchać wpisu klikając w logo YouTube

Mało tego strategia ta najlepiej zajmuje się ochroną wysokiej samooceny lecz również niepewnej samooceny. Czyli w brew pozorom dotyczy bardziej tych „wysoko” niż tych „nisko”.

Ludzki umysł korzysta z niej wiedziony prymitywnymi instynktami przetrwania, które dawno temu służyły faktycznemu przetrwaniu lecz dzisiaj są już mało wykorzystywane…

… i jakby właśnie z tej bezczynności zaczęły skupiać się nie na ochronie naszego życia, a naszej samooceny, poczucia własnej wartości, ego, etc.

Zatem z założenia samoutrudnianie nie jest tworzone, aby nas krzywdzić (tak przynajmniej uważa nasz umysł), ale by nas chronić. Niestety jednak ochrona ta sięga zdecydowanie nie w tym kierunku co pierwotnie trzeba było, gdyż teraz chroni nas przed sukcesami, zmianami, relacjami, ryzykiem, rozwojem, ekspansją, przygodami, lekcjami, doświadczaniami, przyznawaniem się do błędów, wyciąganiem wniosków, i wieloma, wieloma innymi „zagrożeniami” dla naszego ego.

Jak więc widać samoutrudnianie polega na tworzeniu swoistych iluzji i pułapek umysłu w celu „ochrony” naszego dobrego imienia, ale niestety bez naszej woli i zgody, co jak się łatwo domyślić może zdecydowanie przekładać się na naszą niechęć i strach do podejmowania znaczących wyzwań lub co gorsze do częstego ich przerywania w trakcie.

Następny wpis: Co o samoutrudnianiu przeczytamy w Wikipedii…

P.S. Zaprzeczanie, że nie stosujemy samoutrudnianie jest jego najlepszym przykładem.

 

Zapisz się na nasz newsletter, aby być na bieżąco.

Pozdrawiam
Karol Bartkowski

Jak Przestać Się Zamartwiać

osoba, która lubi się zamartwiać i wesoła osoba obok siebie

Jak przestać się zamartwiać.

Właśnie czytam książkę, której autorem jest Dale Carnegie pt. „Jak przestać się martwić i zacząć żyć”, w której przedstawia metodę Willisa Carriera (tak to ten, który nazywany jest ojcem klimatyzacji) składającą się z 3 kroków.
Oto one:

1. Zadaj sobie pytanie, jakie mogą być najgorsze konsekwencje tego co się wydarzyło?

2. Przygotuj się psychicznie na ich przyjęcie.

3. Potem spokojnie, wychodząc od najgorszego, próbuj ratować, co tylko się da.

Tu natomiast jest fragment książki, w którym Carrier podaje swój przykład, który zapoczątkował tę metodę:

Kiedy byłem młody – powiedział mi pan Carrier- pracowałem w Buffalo Forge Company w stanie Nowy York. Powierzono mi zainstalowanie oczyszczającej paliwo w wartej miliony dolarów fabryce należącej do Pittsburgh Plate Glass Company w Crystal City w Missouri. Miała ona ona usuwać zanieczyszczenia z paliwa, aby nie szkodziły silnikom. Metoda była zupełnie nowa. Wcześniej zastosowano ją tylko raz, i to w zupełnie innych warunkach. Podczas pracy napotkałem nieprzewidziane trudności. Instalacja działała, ale nie tak dobrze, by sprostać gwarantowanej przez nas jakości.

To niepowodzenie zwaliło mnie z nóg. Czułem się tak, jakby ktoś zdzielił mnie w głowę. Wszystko się we mnie przewracało. Byłem tak zmartwiony, że przez pewien czas nie mogłem spać.

Wreszcie odzyskałem zdrowy rozsądek i zrozumiałem, że zamartwianie się w niczym nie pomoże. Spróbowałem znaleźć sposób rozwiązania mojego problemu. Wpadłem na świetny pomysł. Od tego czasu minęło już ponad 30 lat. Wciąż stosuję tę technikę. Jest bardzo prosta i przyda się każdemu. Składa się z trzech etapów.

Etap I. Przeanalizowałem sytuację na zimno i uczciwie, aby stwierdzić, jakie konsekwencje mogą wyniknąć z tego niepowodzenia. Nikt nie chciał mnie za to rozstrzelać ani wpakować do więzienia. To jedno było pewne. Istniała natomiast możliwość, że stracę pracę. Mogło też się zdarzyć, że moi pracodawcy będą musieli usunąć całą instalacje i stracić zainwestowane 20 tysięcy dolarów.

Etap II. Po przeanalizowaniu wszelkich możliwych konsekwencji postanowiłem, że w najgorszym razie po prostu je poniosę. Powiedziałem sobie: To niepowodzenie jest ciosem dla mnie i mogę stracić pracę. Ale nawet jeśli tak się stanie, zawsze przecież znajdę inną, choćby na gorszych warunkach. A jeśli idzie o moich szefów, to zdają przecież sobie sprawę, że był to eksperyment i jeśli doświadczenie to ma kosztować ich 20 tysięcy dolarów, jakoś to muszą znieść. Mogą to wliczyć w koszty badawcze na przykład.

Kiedy już przemyślałem najgorsze z możliwych konsekwencje zaistniałej sytuacji i postanowiłem, jeśli trzeba , pogodzić się z nimi, stało się coś bardzo ważnego: natychmiast odetchnąłem i poczułem spokój, jakiego nie zaznałem przez wiele dni.

Etap III. Od tej chwili z całym opanowaniem poświęcałem czas i energię na próbę polepszenia najgorszego wariantu sytuacji, z którymi już się pogodziłem. Próbowałem znaleźć sposób i środki, które zmniejszyłyby stratę finansową naszej firmy. Odkryłem, że zainwestowanie dodatkowych 5 tysięcy dolarów rozwiąże nasz problem. Tak też się stało i zamiast stracić 20 – zarobiliśmy 15 tysięcy dolarów.

Z pewnością nigdy bym tego nie dokonał, gdybym się martwił, ponieważ wtedy traci się zdolność koncentracji. Kiedy mamy zmartwienie, myśli są rozbiegane i nie potrafimy podjąć decyzji. Jeśli jednak zaakceptujemy najgorsze rozwiązanie – weźmiemy wyobraźnię w karby, co pozwoli nam skoncentrować się na problemie.

Profesor William James ojciec psychologii stosowanej, mówił swoim studentom „Zaakceptujcie fakty. Zróbcie to, ponieważ akceptacja tego co się wydarzyło, jest pierwszym krokiem do sprostania ich konsekwencjom”.

Prawdziwy spokój umysłu przychodzi po zaakceptowaniu najgorszego. Dla naszego umysłu oznacza to, jak sądzę, uwolnienie energii.”

Daj znać proszę w komentarzu co o tym myślisz, a gdy wypróbujesz to koniecznie podziel się spostrzeżeniami, a w sprawie warsztatów zapraszam do kontaktu.

Pozdrawiam
Karol

 

SamoUtrudnianie w pracy – przykłady handlowca, HR i inwestora.


SamoUtrudnianie w pracy – przykłady handlowca, HR i inwestora.

Adam jest handlowcem z 10 letnim doświadczeniem korporacyjnym w bankowości, obecnie w od 2 lat w niewielkiej firmie finansowej.

Problem: Gdy tylko zbliży się do planu miesięcznego w pierwszym tygodniu, to przez następne 2 praktycznie wyłącza się z działań, aby ruszyć z impetem w ostatnich kilku dniach.

Możliwa przyczyna: Adam za wszelką cenę chce rozświetlić swoją samoocenę. Potrzebuje zewnętrznych czynników, aby poczuć się dobrze sam ze sobą i gdy tylko odniesie sukces (duża sprzedaż), to mimowolnie odpuszcza. Wszystko po to, aby utrzymać przyjemny stan jak najdłużej.

Dlaczego tak robi?

Dlatego, że rzucenie się w dalszy wir pracy mogłoby odebrać mu pewność siebie zbudowaną dużą sprzedażą i woli nie podejmować działań, gdyż jeśli kolejne spotkania nie przyniosą żadnych lub tylko mizerne efekty to cały misterny plan…

Oczywiście mija i to i gdy zbliża się koniec miesiąca lub kwartału, to zaczyna ponownie swoją aktywność, gdyż po prostu nie ma innego wyjścia i chce zarobić swoje, a także wyjść z twarzą wobec przełożonego.


Ela pracuje w HR w dużej firmie i ostatnio przygotowała oraz poprowadziła bardzo duży projekt szkoleniowy, który okazał się ogromnym sukcesem. Niemalże każdy uczestnik i jego przełożony był zachwycony i wychwalał Elę pod niebiosa.

Problem: Jednak od tamtej pory minął już rok, a Ela wciąż szuka, a później odrzuca, szuka i ponownie odrzuca każdą ofertę i propozycję, choć w tym czasie jej koleżanki i koledzy przeprowadzili po kilka projektów. Na pewno nie tak spektakularnych, ale bardzo dobrych i dobrych.

Możliwa przyczyna: Ela wciąż żyje przeszłością i nieświadomie połączyła się emocjonalną cumą z tamtym wydarzeniem i po prostu boi się, że następne projekty nie będą już tak doskonałe, więc bawi się w drobiazgowca i czepiając się szczegółów odrzuca wszelkie oferty.

Dlaczego tak robi?

Dlatego, że żyje nadzieją, iż ponownie uda się jej odnieść duży sukces, gdyż to uczucie tak szybko uzależnia, a jednocześnie podświadomie boi się, że aż tak dobrze, to już jej nigdy nie wyjdzie. Dlatego obawia się zerwać lub nawet poluzować cumę i wypłynąć na nieznane wody.

Jednak tak u niej, jak i u wielu osób zazwyczaj takie postępowanie kończy się zwolnieniem lub, jak w przypadku gwiazd estrady, kina czy sportu – zapomnieniem.


Tomek jest od niedawna inwestorem giełdowym. Los był dla niego łaskawy i zarobił sporo pieniędzy w ciągu kilku miesięcy. Rozochocony sukcesami przyjął od inwestorów znaczne pieniądze obiecując wysokie zyski.

Problem: Doprowadził do straty większości kapitału inwestując „na siłę” wypracowane zyski popadając w tarapaty finansowe, jednak nie zważając na to wciąż się zapożycza licząc na ten jeden ekstremalnie wspaniały deal.

Możliwa przyczyna: Tomek „upił” się endorfinami powstałymi na skutek sukcesów, nieoczekiwanych zysków i zaufania inwestorów.

Dlaczego tak robi?

Zaślepiony jest emocjami. Zbyt szybko i nieoczekiwanie osiągnął sukces i połechtał swoją samoocenę, która nie lubi, gdy jej się odbiera raz już uzyskaną glorię i chwałę.

Teraz zachowuje się jak tonący, który na tyle boleśnie odczuł stratę, że jest mu wszystko jedno i teraz ma silne pragnienie odbić się od dna. Niestety jednak nie ma w tym żadnej logiki, ani też nie wspiera tego żadna wiedza, doświadczenie czy mentoring.

Zalecane działania dla osób z przykładów.

1.  Zrozumienie, że dalsze tkwienie w toksycznej pułapce będzie pogrążać jeszcze bardziej.
2.  Podjęcie decyzji o zatrzymaniu podążania za nawykowymi schematami.
3.  Uzupełnienie wiedzy na temat SamoUtrudniania i towarzyszących mu innych mechanizmów psychologicznych.
4.  Znalezienie osoby, która udzieli wsparcia i opracowanie planu zmiany.
5.  Spokojne, konsekwentne wprowadzanie planu w życie.

Trudne? Raczej tak.

Dlaczego? Z powodu „choroby” natychmiastowej gratyfikacji.

Możliwe do zmiany? Oczywiście!

Wartość dodana usunięcia SamoUtrudniania? Wzmocnienie swojej samooceny i uelastycznienie jej w każdym z obszarów swojego JA.

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do kontaktu w sprawie warsztatów.

 

Pozdrawiam
Karol

Haristo – środowisko marketerów o globalnym zasięgu

Tegoroczne wakacje (2018 r.) obfitują w wyjątkowe biznesowe wydarzenia, a jednym z nich jest wywiad z Grzegorzem Osóbką współzałożycielem Haristo, czyli firmy-społeczności marketerów (freelancerów oraz małych i średnich agencji marketingowych) z całego świata, którzy poprzez działanie i współdziałanie mogą obsługiwać globalne korporacje w ich kampaniach. Na czym to polega Grzegorz opowie osobiście.

Czy dalsza konsolidacja globalnych agencji marketingowych generuje wartości dodane? Raczej nie – wręcz odwrotnie. Potencjał innowacji i kreacji jest wśród małych, wyspecjalizowanych, entuzjastycznie nastawionych firm. Jak jednak integrować ich działania, by móc dostarczyć światowym markom spójny standard serwisu?

HARISTO, czyli nowa koncepcja środowiska biznesowego marketerów, to odpowiedź na to wyzwanie.

Karol Bartkowski (KB) – Cześć Grzegorz, to już drugi nasz wywiad i patrząc z perspektywy czasu, to można powiedzieć, że pierwszy dotyczył, Twojej drogi do bycia gotowym, aby robić wielkie i globalne przedsięwzięcia, a dzisiejszy dotyczy realizowania jednego z nich 🙂

GO – Cześć – dziękuję – rozmowa z Tobą to czysta przyjemność i inspiracja. To jedyne globalne przedsięwzięcie, które realizuję i jest to, jak czuję, podstawowa moja droga rozwoju biznesowego w przyszłości.

KB – Podobno wszystko jest drogą.

GO – Dlatego nie warto budować na niej domów.

KB – Przygotowując się do naszej rozmowy, miałem jedno, często pojawiające się pytanie, które tak bardzo mnie nurtuje, że od niego zacznę – Czy Haristo można nazwać uberyzacją usług marketingowych?

GO – Jest to dosyć dobre porównanie. U zarania pomysłu Haristo i Ubera było zbudowanie pewnej konstrukcji rynkowej opartej na samodzielności pracy małych przedsiębiorstw i pojedynczych osób. Uber w ramach swojego rozwoju zaczął przybierać różne formy i pojawiły się firmy które leasingują samochody, zatrudniają kierowców, obsługują floty czyli mnóstwo serwisów i usług weszło w środek tej koncepcji. No i ten układ przestał być już taki bardzo prosty, jak chociażby Facebook, gdzie mamy jednego dostawcę środowiska i miliony uczestników. Rynek zaczął być bardziej skomplikowany w ramach środowiska Ubera.

KB – Można zatem powiedzieć, że Uber dał początek czemuś znacznie większemu i umożliwił małym przedsiębiorcom uruchomić intratny biznes. Biznes, którego w pojedynkę nie mogliby stworzyć.

GO – Zgadza się, ponadto teraz to się dalej rozwija, jak choćby Uber Eats, gdzie jeszcze drobniejsi przedsiębiorcy mogą współpracować z globalnymi markami gastronomicznymi. Nastąpiła dywersyfikacja usług, czyli np. wprowadzenie samochodów premium, etc. Widać, że to się coraz bardziej zmienia i można powiedzieć, że komplikuje, ale chyba bardziej trafniej będzie sformułować, że dostosowuje się do różnych sytuacji rynkowych i różnych potrzeb uczestników rynku. I w tym w kontekście HARISTO jest podobne. Od razu zakładamy pewną konstrukcję tego środowiska, np. mamy parę typów uczestników i struktura relacji między nimi jest już określona. Mówimy o rozwiązaniu problemu, z którym się spotykamy w Polsce, gdzie jako Umbrella Marketing Group doświadczamy ograniczeń rozwoju dla agencji marketingu zintegrowanego średniej wielkości. Będą średniakiem nie masz ani dużych budżetów, ani profitów bycia mikroprzedsiębiorcą. Ty, Karolu, gdy masz kilku czy kilkunastu klientów w miesiącu, to wszystko zostawiasz dla siebie w portfelu. Natomiast firma taka jak Umbrella właściwie cały przychód, który generuje, przeznacza na utrzymanie swojego zespołu i rozwój narzędzi którymi dysponuje. Tak więc bycie agencją środka w modelu integratora jest nieefektywne. Stąd pierwotne założenie było: ok, zróbmy perspektywę globalną, ale dla mikroprzedsiębiorstw dając im przestrzeń w której mogą wymieniać się swoimi usługami, w której mogą połączyć swoje portfolio, wymieniać się swoją wiedzą, metodyką pracy i dzięki temu każdy kto jest w HARISTO może powiedzieć, że ma takich klientów, że potrafi to i to, dlatego że jest członkiem społeczności, która ma takie zasoby.

Oczywiście jeśli będę miał klienta, dajmy na to z branży lotniczej, a w życiu nie obsługiwaliśmy w Polsce żadnego klienta lotniczego, i okaże się, że członek HARISTO to ma takie doświadczenie (Chris z Nowej Zelandii jest Udziałowcem i Partnerem HARISTO i ma swoim portfolio klienta z tej branży), to my możemy w Polsce powiedzieć to samo – jako HARISTO obsługujemy linie lotnicze. Jeżeli w Europie będziemy realizowali konkretne zlecenie dla linii lotniczych, to prawdopodobnie zrobi to Chris, gdyż on ma w tym doświadczenie i ma na to najlepszy zbiór metodyk. Chyba, że… to doświadczenie przedstawi w postaci uporządkowanej w ramach platformy i da do niego dostęp innym Partnerom, aby też mogli realizować tego typu projekty. Wymieniamy się więc wiedzą i doświadczeniem, dzielimy zasobami.

KB – Czyli uczestnicy HARISTO są nie tylko wykonawcami, ale również nauczycielami i uczniami?

GO – Tak. Po pewnym czasie funkcjonowania wersji testowej konceptu HARISTO okazało się, że nie każdy uczestnik chce realizować projekty. Niektórzy chcą dzielić się wiedzą i dlatego będą mieli status eksperta.

KB – Ok., czyli w ramach społeczności macie różne statusy członków, tak?

GO – Tak.

KB – Powiedz proszę coś więcej o nich.

GO – Jasne. Czyli mamy eksperta – członkowie dzielą się wiedzą i doświadczeniami zarabiając w ten sposób pieniądze. Ale to nie jest najważniejszy rodzaj uczestnictwa. Mamy również status Friend, który się tylko zarejestrował. Ma dosyć ograniczone możliwości; głównie czerpie z contentu i może mieć prowizję za polecenia do swoich znajomych Klientów. Co prawda  jest już w naszej społeczności, ale żeby się rozwijać, mieć dostęp do innych członków i aby się z nimi kontaktować musi przejść przez autoryzację, czyli odpowiedzieć na parę pytań o doświadczenie, przedstawić parę swoich realizacji, dokonań, po to żeby można było rzeczywiście powiedzieć „okey, to jest autoryzowany członek”, czyli taki który może brać zlecenia w ramach środowiska HARISTO. Taki który wie, że pracujemy na pewnych standardach jakości serwisu, raportowania finansowego, czy raportowania postępu realizacji projektów i zgadza się na te zasady wchodząc znacznie głębiej w tę strukturę. Taki autoryzowany członek wskazuje na swoje domeny – czy bardziej digital, POSM, PR, content, social, strategy, itp. Wystawia się jako zasób dla innych. I jeszcze jest Partner. To w sumie najważniejszy status.

Partner jest przedstawicielem HARISTO to w danym kraju. Ma on za zadanie prowadzić projekty marketingu zintegrowanego i rozwijać swoją firmę na zasadzie twardej franczyzy z nami.

Właśnie – członek autoryzowany może być specjalistą od od digitalu, od PR, od designu, od którejkolwiek ze specjalizacji marketingowej. Natomiast Partner musi umieć integrować i kompletować te umiejętności w kierunku dowożenia sukcesu dla klienta.

Zasada będzie taka: jeden Partner w jednym kraju. Może z wyjątkiem paru krajów, typu Stany Zjednoczone, gdzie taki limit mógłby być zbyt ograniczający.

Ponadto wewnątrz mamy swoje zasady współpracy, czyli np. prowizję za polecanie klientów, które są różne w zależności od stopnia członkostwa. HARISTO będzie też czerpać niewielką prowizję od zleceń między uczestnikami środowiska. Wszystko to będzie rejestrowane na dedykowanej platformie.

Oczywiście te zasady nadal są w trakcie weryfikowania, gdyż na tę chwilę, mając raptem kilku partnerów-pionierów, możemy testować wiele rozwiązań. Póki co feedback jest bardzo pozytywny.

Ponadto rzeczywiście nie ma Ubera wśród usług marketingowych, czyli takiej społeczności która jest wewnętrznie ustrukturalizowana i jednocześnie jest biznesem. Choć osobiście o HARISTO wolę myśleć jako o środowisku marketingowym, to jednak znajduję owszem analogię z Uberem, ale na innym poziomie, gdyż okazuje się że Uber, jako największe przedsiębiorstwo logistyczno-transportowe na świecie, nie własnej floty. Największy portal społecznościowy Facebook nie generuje własnego kontentu, czy przynajmniej nie w znaczącej skali. Mamy takie czasy, w których te największe struktury są środowiskami, a aktywność, ruch, wartość pochodzi od ich uczestników. W dużej mierze koncepcja HARISTO ma polegać na tym, aby tych uczestników odpowiednio motywować do generowania kontentu, do produkcji własnego e-learningu, do umieszczania materiałów o sobie i promowaniu swoich usług i metod w ramach platformy.

Wiesz że jesteś świetnym na przykład programistą i mieszkasz w Chinach albo w Indiach i bardzo chętnie sprzedasz swoje usługi w Niemczech albo Nowej Zelandii. Natomiast uczestnicy społeczności tam mieszkające chętnie kupią, gdyż wiedzą że współpracując z autoryzowanym członkiem Haristo mogą spodziewać się określonego serwisu i jakości obsługi. Każdy przejdzie przecież odpowiednie testy, aby uzyskać autoryzację, która nie będzie nadawana raz na zawsze, a raczej stale weryfikowana. Platforma będzie przyznawała punkty np. za terminowość realizacji projektów, terminowość regulowania zobowiązań, generowanie własnych treści, aktualizację portfolio, itp. A te punkty będą przekładały się na widoczność w społeczności.

To pozwala nam mówić i myśleć o sobie jako o globalnej agencji marketingowej złożonej z niezależnych przedsiębiorców, która może współpracować z globalnymi firmami.

KB – Ale czy ta niezależność nie bywa czasem przeszkodą przy współpracy z globalnymi i kochającymi standardy korporacjami?

GO – Oczywiście firma wielkości Sony, czy Samsung zlecając kampanię chce być pewna, że będzie mieć dobry standard realizacji na całym obszarze geograficznym i tutaj jest właśnie rola HATISTO, które na trzech przynajmniej filarach zabezpiecza satysfakcję klienta.

Pierwszy filar to jest wspólny standard obsługi klienta. Mówię o serii zasad, ale też o wspólnych materiałach jak np. wzór brief’u, raportu z realizacji projektu, podsumowania spotkania, itp. Dalej, jeżeli np. dostajesz zlecenie pod tytułem strategia eksportowa i masz przedstawić klientowi efekty prac na 5 czy 10 krajów, np. eksport do Zatoki Perskiej, do Chin, do Kenii, do Stanów Zjednoczonych, itd. – i tam, aby tę strategię zrealizować współpracujesz z członkami autoryzowanym HARISTO, którzy pokazali, że są strategiami, że mają doświadczenie, to musisz dokładnie w tym samym układzie i porządku od nich otrzymać materiały. Haristo będzie określało, że raport rynkowy wygląda w ten sposób, że przedstawiamy wartość, wielkość rynku, kanały dystrybucji, konkurentów, pricing, itd. To są konkretne rubryki z konkretnymi informacjami które mają się znaleźć w raporcie i mają być ściągnięte ze wszystkich krajów w tym samym czasie i tak samo zaprezentowane klientowi – i to się nazywa standaryzacja realizacji projektu. Dlatego na razie nie ruszamy ze wszystkimi ofertami całego marketingu zintegrowanego, gdyż chcemy ustandaryzować pewne bazowe oferty i jedna z pierwszych jest marketing eksportowy. Mamy na to klientów jako HAROSTO. Tak samo traktujemy drugą ofertę czyli zarządzanie materiałami POSM, co mamy bardzo dobrze opanowane i sproceduralizowane od strony logistycznej, R&D, dostaw, instalacji; a taka oferta jest dosyć niszowa na rynku. Wiele firm chce mieć kontrolę nad swoimi ekspozycjami w sklepach, ale nie ma na to odpowiednich globalnych zasobów – natomiast my je mamy.

A później będziemy dążyli do takiej standaryzacji całego marketingu zintegrowanego, czyli wszelkich działań, np. kampanie digitalowe, projektowanie opakowań, kreacja graficzna. Rozpiszemy to w formie procesów, instrukcji, itp. I dzięki temu menadżer globalnej marki będzie miał pewność, że jeżeli zleca zadanie HARISTO to będzie miał to tak uporządkowane, jak uporządkowane być winno.

KB – … a za to będzie odpowiadać?

GO – Za to będzie odpowiadać HQ HARISTO, które będzie zarządzać projektami globalnymi.

Drugi filar to jest standaryzacja raportowania projektowego. Są dwa sposoby zarządzania projektami.

Pierwszy wywodzi się z tradycyjnej szkoły project managerowej, czyli rozpisujesz projekt w 3 wymiarach: budżet, zakres i harmonogram. A drugi, właściwie determinujący sukces projektu, to agile, czyli zarządzanie zwinne. W HARISTO klient będzie mógł podejrzeć na platformie jak są realizowane zadania. Będzie mógł tam zostawić informacje, czy też uwagi. Może również zobaczyć poszczególne etapy, KPI, itp. i to jest drugi obszar, który pozwala klientowi stwierdzić „okey, ci goście robią to w takim porządku i się w tym rozwijają”.

KB – … a 3 filar?

GO – A trzeci, ostatni filar, to jest standaryzacja zarządzania finansowego. Nowoczesne metody zarządzania finansowego powinny pokazać każdy koszt i każdy przychód podpięty pod wszelkie możliwości analityczne. Dotyczy to również rozliczenia wewnątrz struktur, dlatego że jeżeli na przykład zlecisz partnerowi z Chin wykonanie strony internetowej, to prowizję do HARISTO zapłacisz zarówno Ty, jak i ten partner. Dlatego te informacje muszą być absolutnie jawne ze względu na rozproszony, w dużej mierze zdecentralizowany charakter środowiska HARISTO. Trochę w logice blockchain – nie ma miejsca dla tych, którzy nie są czyści pod kątem finansowym.

Wspólny standard raportowania finansowego to też podstawa budowania antykruchej wartości całej firmy, co ma znaczenie dla inwestorów.

Natomiast wracając do pytania o niezależność podmiotów tworzących HARISTO to dodam, że naszą organizację będą charakteryzować dwa kolory. Są one też w logo.

Pierwszy – turkusowy, czyli współpraca, równość, współzależność, itp. Wszelkie nieprawidłowości będą widziane przez całą społeczność i tym samym jednostki, które będą tych przyczyną tych nieprawidłowości – będą automatycznie pomijane w projektach, będą miały mniej punktów, itp. Gdyż niezależność daje wybór partnerów biznesowych, a więc z pewnością nikt nie zdecyduje się na współpracę z nierzetelnym członkiem, który prawdopodobnie z czasem sam odejdzie. Czyli można powiedzieć, że dzięki turkusowemu zarządzaniu HARISTO będzie samoregulującą się społecznością.

Drugi to kolor czerwony oznaczający pewność, samodzielność rynkową i przedsiębiorczość – gdyż bycie członkiem zespołu nie oznacza, że wszystko się samo w cudowny sposób zrealizuje. Ty również musisz umieć liczyć sprzedawać, zarządzać swoim czasem, swoim zespołem i dowozić obiecane terminy oraz jakość usług.

Moje 20 letnie doświadczenie w marketingu pozwala mi stwierdzić ze dużą pewnością, że biznes marketingowy, to tak naprawdę z jednej strony setki tysięcy, a nawet miliony małych, drobnych przedsiębiorców-specjalistów, jednoosobowych firm, które świadczą usługi rozproszone i geograficznie i rodzajowo, a z drugiej globalne molochy, których dalsze konsolidacje nie przynoszą żadnych wartości dodanych ani procesowych, ani kreatywnych, ani finansowych, ani jakości serwisu. Te konglomeraty nie są innowacyjne, co oznacza, że generalnie te modele się kończą, a to pokazuje, że ewidentnie jest przestrzeń na tego typu rozwiązanie jak HARISTO i trzeba je wprowadzać.

KB – Co już teraz udało Wam się osiągnąć?

GO – Projekt realizujemy od roku. Zaczęliśmy od wielu spotkań z prawnikami i podatkowcami, aby nasze procedury pod tym względem były gotowe. Również dzięki uczestnictwu w paru izbach handlowych i spotkaniach eksporterów uzyskaliśmy już pierwsze kontrakty. Ponadto zbudowaliśmy wstępną sieć partnerów w krajach Zatoki, w Afryce, w Chinach, Holandii, Hiszpanii i dalej szukamy kolejnych, choć tu akurat nie rozpędzamy się zbytnio. Nasza działalność odbywa się obecnie w trzech kierunkach.

Pierwszy to właśnie rozbudowa sieci partnerów i sprawdzanie potencjału modelu.

KB – I jak? Jest potencjał?

GO – Oj tak, z całą pewnością jest i to ogromny. Ludzie szybko rozumieją o co tutaj chodzi i bardzo chętnie chcą się włączyć, a widząc perspektywę globalną  wiedzą, że da im to ogromne szanse.

Drugi kierunek to jest poszukiwanie klientów, gdyż chcemy zasilić te nowe relacje konkretnymi zleceniami. Zupełnie inaczej będzie budowało się współpracę w momencie, gdy komuś rzeczywiście przyniesiemy klienta i przepłyną pieniądze za wykonane zlecenia. Tu też mamy swoje pierwsze sukcesy, gdyż są zainteresowani klienci, na razie z branży meblarskiej, budowlanej, spożywczej i IT.

Trzeci kierunek jest związany z poszukiwaniem inwestorów, gdyż za własne środki owszem możemy to wszystko zrobić, ale to będzie trwało latami, a tutaj pewien czynnik ryzyka polega na tym, że trzeba się spieszyć, gdyż to powinno wręcz eksplodować jako pomysł, jako społeczność i powstać w ciągu trzech, czterech lat. I dlatego szukamy inwestorów – tutaj też mamy swoje sukcesy, o których nie będę mówił zbyt wiele. Powiem tylko że zatrudniliśmy specjalistę od pozyskiwania inwestorów i on nie próżnuje.

KB – może Ci zaskoczę Grzegorz, ale uważam, że to już najwyższy czas, aby przybliżyć genezę powstania nazwy HARISTO i jej znaczenie oraz całej koncepcji firmy.

GO – No tak, o tym jeszcze nie rozmawialiśmy.

HARISTO w języku greckim oznacza dziękuję. Jeśli chodzi o ekspresję dawania i brania – to jest to najlepiej pasujące słowo. Słowo dziękuję bardzo otwiera. Poza tym to musiało być słowo, które jeszcze nie jest używane przez nikogo, gdzie domena była wolna, które ładnie i podobnie brzmi w każdym dużym języku.

Natomiast sama historia powstania jest prosta. Otóż od 20 lat, jak wiesz, zajmuję się marketingiem i wiem ile czasu i energii wymaga dojście do pewnych standardów, wiedzy i doświadczeń, a także odpowiedniego portfolio klientów. Natomiast HARISTO, w zasadzie od pierwszego dnia daje to wszystko do dyspozycji, czyli wiedzę, doświadczenia, zaufanych kontrahentów, a także portfolio klientów. Sama Umbrella wniesie ponad 500 dużych klientów i mnóstwo metodyk.

To oznacza dalej, że masz dostęp do nieograniczonych i wyspecjalizowanych zasobów nie tylko w Twoim kraju, ale na całym świecie.

KB – Jak Haristo ma “wyglądać” za 2 lata?

GO – W biznesplanie mamy w ciągu 2 lat pozyskanie 15, 20 partnerów krajowych. Nie więcej. I to będzie bardzo ważny krok, gdyż tak naprawdę nie ma aż tylu krajów, w których warto prowadzić działalność marketingową. W niektórych nie ma to sensu.

Oraz będziemy mieli kilkuset autoryzowanych uczestników, czyli wyspecjalizowane firmy, które mogą świadczyć usługi marketingowe.  To już będzie dosyć dużo na ten pierwszy etap. Będzie już działać platforma z podstawowymi funkcjonalnościami, o których wcześniej mówiliśmy, czyli wymiana doświadczeń, zleceń oraz rozliczanie.

A także za dwa lata będzie już rozpoznawalna marka z prestiżem. HARISTO zmieni siedzibę – z Warszawy na Amsterdam.

KB – A czy obecnie jest jakaś konkurencja dla HARISTO?

GO – Nie ma konkurencji. Będziemy co najwyżej konkurentami z globalnymi agencjami marketingowymi w salach konferencyjnych globalnych przedsiębiorstw, ale to tylko tam. A tam i tak wygramy 🙂

Ten model obarczony jest tylko jednym ryzykiem, czyli brakiem kapitału inwestycyjnego w ciągu najbliższych dwóch lat. Wszystko inne już jest. Obecnie potrzebujemy około 1 mln €,  czyli nie aż tak dużo i dlatego jestem przekonany, że ten kapitał zdobędziemy.

Natomiast po ukończeniu tego etapu nastąpi kolejny, w którym będziemy potrzebowali pieniędzy na zbudowanie zespołu sprzedażowego który będzie pozyskiwał klientów globalnych, a także środków na działania marketingowe zwiększające znajomość HARISTO i na dokończenie platformy i serwisu internetowego.

KB – Zatem kogo dzisiaj poszukujecie, czy też potrzebujecie?

GO –  Inwestorów.

Trzy potencjalne grupy:

inwestorów branżowych którzy doskonale rozumieją marketing i z pewnością chętnie zainwestują wolne środki w naszą firmę;

inwestorów, którzy mają w portfelu duże, globalne firmy, które potrzebują własnej agencji marketingowej, która poprowadzi dla nich globalne działania;

aniołów biznesu, którzy po prostu wierzą w globalizację, rozumieją, że jest to rewolucja na rynku usług marketingowych, który jest olbrzymi i właściwie nie ma granic.

Dalej – poszukujemy partnerów krajowych w poszczególnych państwach, ale już nie tak dynamicznie jak wcześniej, gdyż jesteśmy po pierwszej fali rozmów i ustaleń. Już parę flag na mapie świata możemy postawić.

Klientów i to nie tylko globalnych. Wiele średnich firm eksportuje i potrzebuje opieki w innych krajach niż te, z których pochodzi.

A także otwartych gotowych do współpracy w globalnych projektach marketerów, którzy z będą zarówno dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami, jak i z zaufaniem czerpać z międzynarodowego środowiska marketerów.

KB – Grzegorz zatem Haristo Ci za rozmowę i trzymam kciuki za rozwój Waszej społeczności.

 

Akademia Skutecznego Sprzedawania

Parę lat temu popełniłem trochę kardynalnych błędów i ku przestrodze chciałem się nimi podzielić.

Kilka lat temu prowadzony przeze mnie prawie 10 lat biznes padł w 6 m-cy!!! Miałem bardzo poważny problem, aby to zaakceptować i jednocześnie podnieść się z gruzów i stanąć na nogi.
Bo przecież przez prawie 10 lat miałem $$, jak lodu, aż tu nagle ZONG.

Próbowałem wszystkiego: czytałem, słuchałem, szkoliłem się, odbywałem przeróżne kursy, a nawet byłem u wróżki.

Wiedzy miałem więcej niż biblioteka Aleksandryjska, tylko jakoś efektów nie było, tzn, było lepiej, ale nie tak, jak wcześniej (I błąd – zupełnie nie widziałem co naprawdę mam, gdyż po porażce porównywałem to z najlepszymi latami z przeszłości).

Dlatego podjąłem szaleńczą walkę z samym sobą, a także obarczyłem się winą za wszystko co zrąbałem wtedy i jeszcze dokładałem to, że teraz też sobie nie radzę (II błąd – nie walcz ze sobą lecz ze swoimi słabościami).

Na efekty długo nie trzeba było czekać, z pewnego siebie, pożeracza przeszkód i kilera wymówek zmieniłem się w łagodnego, spokojnego i coraz bardziej bezradnego obserwatora (III błąd – żaden facet nie może być cipą!)

Męczyłem się strasznie, kiedyś urywałem łeb każdej przeszkodzie, po czym nauczyłem się je kurwa omijać, żeby nie było stresu, nerwów złych emocji (IV błąd – nigdy nie wierz w swój stan emocjonalny ani euforyczny, ani depresyjny, to tylko sprytny wybieg jebańca o nazwie mózg).

Aż w końcu nadszedł kres wytrzymałości i zamiast sobie ciągle obiecywać, że tym razem będzie lepiej, że wszechświat mi sprzyja i takie tam cipobrednie (V błąd – myślenie życzeniowe) postanowiłem, że albo się dowiem o co chodzi i jak to skutecznie zmienić, albo wskakuję w etat i już nigdy się nie wychylę (pamiętaj, że byłem przedsiębiorcą od kilkunastu lat – VI błąd nigdy się kurwa nie tłumacz 

Tym razem trafiłem w 10. Co prawda nie od razu było to takie oczywiste, ale zaczynało działać. Co takiego? Pewnie już wiesz o mechanizmie SamoUtrudnianie.pl

Okazało się, że wcześniej wspomniany jebaniec, czyli mózg robi wszystko co tylko możliwe, aby zachować status quo, więc wszedłem w temat na 100% – tak jak kiedyś!!! (VII błąd, a właściwie porada – pozwól sobie na eksperymenty i błędy – tak wiem banał, tylko dlaczego tyle frustratów żyje na ziemi?).

Efekty? Pewnie nie raz widzieliście na moim profilu info o wielu wystąpieniach, szkoleniach, etc.

Jednak im więcej się tym zajmowałem, tym bardziej dostrzegałem, że brakuje mi zakończenia, tzn. ok. wyeliminuje SamoUtrudnianie, ale co dalej? Jak dalej postępować? Jak to wzmacniać? Jak jeszcze lepiej służyć moim klientom, gdy i oni pokonają SamoUtrudnianie?

Odpowiedź nie była prosta i szybka, ale za to skuteczna 

Zająłem się własną skutecznością !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Czyli poczuciem, że jestem wytrwały, konsekwentny i poradzę sobie z przeciwnościami, ale do tego było mi coś bardzo potrzebne – zwycięstwa, więc:

w jednym miesiącu (lutym 2017), rzuciłem palenie, alkohol i ruszyłem na siłownię.

Efekty? Nadal nie palę, nadal nie piję, a do siłowni dołożyłem bieganie, gdyż wiem że spoczywanie na laurach zabija głód sukcesów i wygrywania. (VIII błąd – spoczywanie na laurach zabija głód sukcesu i wygrywania).

Co więc z tym zrobiłem?

Założyłem Akademię Skutecznego Sprzedawania, czyli NETFLIX dla sprzedawców.

Akademia Skutecznego Sprzedawania to 12 szkoleń, 24 webinary na żywo oraz 12 sesji cold Callingu na żywo, a to wszystko za 100 zł netto miesięcznie. Sprawdzisz?

Zatem podsumowując:

– najważniejsze to walczyć ze swoimi słabościami, a nie ze sobą;

– zatroszczyć się o choćby małe sukcesy, gdyż to właśnie one wywindują Twoją skuteczność w kosmos;

– zapraszam Cię do odwiedzenia mojego profilu na LinkedInie i Facebooku

– zapraszam Cię do Akademii Skutecznego Sprzedawania

Pozdrawiam Karol Bartkowski

Niesamowite, ale są ludzie, którzy wręcz uwielbiają mieć kłopoty…

Rysunek dwóch mężczyzn wyrywających sobie worek z pieniędzmi, jako symbol do tematu ludzie uwielbiają mieć kłopoty

Niesamowite, ale są ludzie, którzy wręcz uwielbiają mieć kłopoty…

Janusz jest 33 letnim facetem. Właśnie rozpoczął nową pracę, w 4 firmie tylko w tym roku i obiecuje sobie, że teraz będzie inaczej – teraz odniesie sukces i dokona tego samodzielnie.

Jest ciepły lipcowy dzień, właściwie to dopiero 2 tydzień pracy, więc nie ma co za bardzo szaleć w pracy, trzeba się wdrożyć pomału, poznać zwyczaje, specyfikę, ludzi. Za prawdziwą robotę weźmie się we wrześniu, gdy wszyscy wrócą z urlopów (ulubione stwierdzenie „pracusiów”), choć on sam i 98% innych osób na urlop się w te wakacje nie wybiera.

Minął pierwszy miesiąc i nadszedł dzień wypłaty…

– Co? Ile? – wykrzyknął Janusz niezadowolony kwotą przelewu. – Dam im jeszcze jeden miesiąc szansy, jak się nie ogarną, to spadam.

W nowym miesiącu pojawiły się dodatkowe obowiązki, wstępne plany do zrealizowania i oczywiście dopytywania ze strony przełożonych o jego samopoczucie, plany i pomysły na pracę.

– „Zaczyna się” – pomyślał Janusz i oddał się rozmyślaniom, o tym jak to ci wszyscy szefowie i firmy są takie straszne…

Tak mijały tygodnie, ale nie miesiące, bo gdy ktoś już się pomylił przy rekrutacji, to nie oznacza, że jest ślepy i głuchy na bieżące sygnały i Janusz otrzymał ostatnie ostrzeżenie.

Co teraz?

Teraz się zacznie właściwy tryb, czyli Janusza wychodzenie z bagna.  Jest to jedyna strategia, którą on zna i którą opanował w stopniu mistrzowskim, co oznacza że każde wyjście na prostą zaliczane jest do wielkich sukcesów, więc im bagno gorsze, tym sukces większy – ot paradoks.

Oznacza to, że ludzie:

– są gotowi popaść w ogromne tarapaty, aby wychodząc z nich poczuć się jak olimpijczyk ze złotym medalem;

– nie zdają sobie sprawy z tego, że wyjście z problemu na poziom zero, to dopiero pierwszy i czasem najłatwiejszy etap;

– mając życiowy cel – wyjście z bagna – nie zdają sobie sprawy,  że po jego osiągnięciu kolejna przepaść znów blisko i tak w kółko;

Dla Janusza i wielu mu podobnych osób sinusoida sukcesów nabiera ujemnych wartości i stanem „normalnym” staje się niezbyt duży dług czy niezbyt silna depresja, zamiast mniejsze, ale jednak oszczędności czy szczęście czyli wartość dodatnia.

W tak „zorganizowanym” świecie destrukcyjne nawyki nawarstwiają się i tworzą nowego, bezradnego człowieka – ofiarę, który podświadomie poszukuje takich miejsc, ludzi czy sytuacji, które zaprowadzą go w bagno. Wszystko to po to, aby odnieść kolejny wielki sukces – wyjść na prostą!

A później?

Później znowu poszuka się problemu i tak w kółko.

Co więc zrobić, aby z tym skończyć?

To sprawa bardzo indywidualna, jednak to co może uczynić każdy, to:

Po pierwsze zauważyć, że tak postępuję.
Po drugie pracować nad nawykami zaczynając od niewielkich zmian w działaniu.
Po trzecie opracować sobie plan np. odkładania pieniędzy lub robienia powtarzalnej czynności w krótszym czasie lub oddawania prac przed terminem itd.
Po czwarte znaleźć kogoś, kto może nam pomóc.
Po piąte dać sobie na zmianę czas nie oczekując jednominutowej metamorfozy i radykalnej zmiany.

Jak potoczyła się historia Janusza?

Janusz miał to szczęście, że trafił do firmy, w której prowadziłem szkolenie z poskromienia SamoUtrudniania dla managerów i jego szef zaprosił go na rozmowę. W kilkanaście minut przedstawił swoje obserwacje i jednocześnie obawy co do schematycznego działania Janusza.
Następnie polecił mu ten właśnie blog i zaproponował wsparcie oraz cykliczne spotkania i rozmowy.

Po zaledwie 3 miesiącach Janusz zmienił kilka swoich najbardziej destrukcyjnych nawyków i zaczął cieszyć się pracą, która to z kolei przynosząc mu coraz lepsze rezultaty finansowe (wzrost sprzedaży własnej) stała się utrwalaczem zaistniałych zmian.

Jak widać nasza psychika jest oparta o największy geniusz we wszechświecie, który jednocześnie aż na odległość trąca okropnym lenistwem i uwielbieniem do chodzenia na skróty – mowa oczywiście o ludzkim mózgu.

Nie dajmy mu rządzić (artykuł na ten temat znajdziesz TU) , gdyż małymi, ale stanowczymi krokami sprowadzi nas na manowce.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie
Karol

 

Oblicza SamoUtrudniania #10 – nie mówić wszystkiego, a później…

zdjęcie tablicy szkolnej z megafonem i napisem dumbas - symbol nie mówić wszystkiego, a później...

Oblicza SamoUtrudniania #10

Nie mówić wszystkiego, a później dać opr.

Jedna ze strategii w kategorii „niska piłka”.

Polega na dawaniu niekompletnych lub podzielonych na chaotycznie ułożone fragmenty poleceń czy zadań, tylko dlatego, aby w sytuacji niewłaściwego wykonania wyżywać się na podwładnym i mieć na nią/niego haka.

Na usprawiedliwienie można jedynie dodać, że jest to często podświadomie realizowana strategia, która w założeniach może mieć dominację, kontrolę i chęć posiadania „zawsze racji”.

Przykład:

– Proszę na poniedziałek zarezerwować stolik na 12 osób na kolację służbową w dobrej restauracji.

– Szefie stolik zarezerwowany w restauracji XYZ.

– Co? U tych idiotów? Nigdy w życiu, tam się wstyd pokazywać. Czy to na prawdę takie trudne zadanie było? (i inne miłe słowa).
————————————————————————–

Korzyść dla „szefa” – wielbiciela niskich piłek?

Biedaczek pracuje z „samymi idiotami”, więc każdy sukces jest 10 razy bardziej celebrowany, a porażka? No cóż, jeśli się pracuje z „samymi idiotami”…

Oczywiście nie można pominąć zachowania, drugiej strony, która powinna zawsze dopytać o szczegóły, gdyż działanie po omacku też ma swoje „korzyści” – oto jedna z nich: Pracuję z idiotą, więc nie ma sensu się starać i angażować.

Pierwszym krokiem do zmiany jest świadomość, jednak z godnie z zasadą świadomość nie leczy, warto wykonać kolejny krok.

Pomagam i Ułatwiam
Karol

Oblicza SamoUtrudniania #9 – zgubny spokój

Obrazek przedstawiający człowieka przed komputerem, a na czubku błowy ma innego człowieka i palmę jako oblicza samoutrudniania

Oblicza SamoUtrudniania #9

 
Zgubny spokój.
 
Całe mnóstwo osób żyje w permanentnej sinusoidzie choć większość z nich wręcz nienawidzi tych wzlotów i upadków, to jednak z uporem maniaka powtarzają utarty schemat:
 
Dawaj, dawaj, dawaj, na maksa, na maksa, szybko, szybko, żeby się dorobić i wtedy spooookooooojnie żyć.
 
Po czym budzą się, że w „tymczasowej” pracy właśnie stuknął im 20-ty rok, a oszczędności na upragnione wakacje/emeryturę w wieku 40 lat też nie istnieją, bo bez sensu jest odkładać systematycznie, skoro można zarobić to w rok.
 
Co prawda nie w ten, ale w następny to już na pewno.
I takim sposobem skazują się na chwilowe zaangażowanie we wszystko, bo to co teraz jest tylko przejściowe, a najlepsze dopiero nastąpi.
 

Jak to się ma do SamoUtrudniania?

 
Jeśli uda się osiągnąć sukces powiedzą – jestem superbohaterem, gdyż pomimo niewielkiego zaangażowania osiągnąłem taaaaki sukces.
 
Jeśli będzie porażka powiedzą – no cóż, właściwie to nic się nie stało, gdyż przy takim nakładzie pracy, to w sumie było oczywiste.
 
Niestety w brew pozorom w obu sytuacjach są przegranymi, gdyż:
 
– w pierwszej uczą się hazardu – nie wiele zainwestuję, ale może mnóstwo wyciągnę (a mózg szybko zachwyca się takimi sytuacjami i robi z nich nawyk);
 
– w drugiej -myślę, że tłumaczyć nie trzeba.
 
Pomagam i Ułatwiam
Karol
 

Oblicza SamoUtrudniania #8 – naturalne odruchy

Młoda kobieta jest zła, objawem tego jest dym z uszu, jako symbol naturalne odruchy

Oblicza SamoUtrudniania #8

Naturalne odruchy zazwyczaj są niebezpieczne.

Na początku warto rozróżnić naturalny odruch, a odruch bezwarunkowy to dwie różne sprawy. Czym innym jest zamknięcie oczu, kiedy ktoś chlapnie na nas wodą, a czymś innym jest wytykanie łokci, gdy przewracamy się na plecy.

Ten pierwszy – zamknięcie oczu, gdy na przykład leci na nas kropla wody jest bezwarunkowy, ale i potrzebny- chronimy oczy.

Natomiast przewracając się z wytkniętym łokciami, możemy sobie zrobić dużo większą krzywdę. I ktoś powie: „No tak, ale to jest naturalny odruch” Dla kogo? Dla osób, które nigdy go nie próbowały zmienić.

Dla wielu jednak, które zmieniły go, gdyż nad nim pracowały np. na treningach sztuk walk lub gimnastyce nie jest to naturalny odruch.

Dla nich naturalnym odruchem jest wytknięcie pupy, żeby na nią upaść, albo odwrócenie się i opadnięcie na ręce. Oni też powiedzą: „To jest naturalny odruch”.

Innym przykładem jest sytuacja w której ktoś atakuje nas słownie, oskarżając o coś lub wyśmiewając, wówczas większość osób w „naturalnym odruchu”, denerwuje się, zamyka w sobie, albo na przykład staje się agresywna, nie tylko słownie, ale wręcz fizycznie.

Niestety tym samym odcina sobie „dostęp” do swojej głowy, do swoich zasobów myślowych.

Zupełnie inaczej postępują profesjonaliści na przykład politycy czy dziennikarze, którzy w takich sytuacjach mają gotowe riposty, oczywiście nie są to riposty co do słowa, ale co do mechanizmu.

Czyli jeżeli, interlokutor wspomni coś z przeszłości na temat X, to riposta jest Y i tak dalej. Co ciekawe, dla nich to również “naturalny odruch”.

Nie pozwól więc, aby SamoUtrudnianie występowało u Ciebie jako Twoje naturalne odruchy.

Wypracuj nowe, zasobne odruchy, a ja chętnie Ci w tym pomogę.

Pomagam i Ułatwiam
Karol

Zapraszam na warsztaty

Perfekcjonizm, jako objaw samoutrudniania

Obrazek starego auta na pustyni z napisem perfekcjonizm

Perfekcjonizm, jako objaw samoutrudniania.

Nie wiem czy powinienem pisać ten artykuł, bo przecież mogę nie najlepiej ująć to zagadnienie, może nie wyrażę się zbyt jasno, a może użyte słowa będą niewłaściwe. Mimo iż jest to już 6 poprawka tego tekstu to nadal nie czuję pełnej satysfakcji, więc może po prostu zostawię go jako szkic, bo przecież blog i tak jakoś się obroni…

Daleki jestem od wyśmiewania takiego postępowania czy też bagatelizowania go, gdyż obserwuję coraz więcej osób borykających się z perfekcjonizmem.

Tylko zaraz, zaraz, skąd wiadomo, kiedy jest perfekcjonizm, a kiedy wysoki poziom dokładności, no i jeśli już występuje, to skąd perfekcjonizm się bierze?

Jak podaje encyklopedia PWN perfekcjonizm to:
[łac. perfectio, -onis  ‘doskonałość’], filoz. stanowisko w etyce normatywnej uznające za najwyższą wartość moralną doskonałość osobistą (perfekcjonizm indywidualny) lub całej zbiorowości (perfekcjonizm kolektywny), a dążenie do jej osiągnięcia za wyznacznik moralnego postępowania.
W starożytności perfekcjonizm był częstym składnikiem głównie etyki stoickiej, a w czasach nowożytnych — etyki I. Kanta (rygoryzm moralny).

Czyli nie ważne co robisz, ważne jak robisz. Nie ważne jakie są potrzeby, oczekiwania, ważne, że ma być idealnie…
… i dlatego są ludzie, którzy prasują skarpetki i majtki/slipy oraz ręczniki lub mieszkają 20 lat w piwnicy, gdyż idealnie wykańczają zakupiony dom i nie jest to kwestia ograniczonego budżetu (osobiście znam taką parę).

Obserwując postępowanie perfekcjonistycznych osób dochodzę do wniosku, że występuje cienka granica pomiędzy dokładnym wykonaniem, a perfekcjonizmem i gdyby o mnie chodziło, to zacząłbym się bać. Gdybym wykonując zaplanowaną lub spontaniczną czynność większość uwagi i energii skupiał na dokładności wykonania nieustannie poprawiając, ulepszając, aby na koniec i tak nie być zadowolonym (wiem nieperfekcyjnie długie zdanie 🙂

Obawiałbym się gdyby kreatywność, przyjemność z pracy i oczekiwana satysfakcja były od początku przykryte grubą, ciężką i szczelną płachtą perfekcjonizmu, który niejako z automatu odbiera wszelką radość z samej pracy i jej efektów.

To tak, jakby odczuwać okropne zmęczenie i fizyczne, i psychiczne od tygodnia tylko na samą myśl o nadchodzącym egzaminie czy ważnym wystąpieniu publicznym przed kilkusetosobową grupą słuchaczy. Czyli nieważne, że się przygotowuję. Nieważne, że otaczają mnie pomocni ludzie, nieważne też, że jestem w tym dobry – ważne, że z góry zakładam, że i tak nie będzie idealnie.

Straszne!!!

A skąd perfekcjonizm? W tej chwili do głowy przychodzi mi myśl, że jak się człowieki naoglądają tych idealnych bohaterów, to trudno nie odnieść wrażenia, że cokolwiek byśmy zrobili, to i tak bohater filmowy/celebryta zrobi lepiej. No bo czy widział ktoś „prawdziwego” hero, który się przejęzycza, nie zna drogi, nie wie co powiedzieć? Mało tego nawet, gdy popełnia śmieszny czy karygodny błąd, to i tak na końcu filmu okazuje się, że to było specjalnie i że to było ukartowane i że jest takim srategiem (pisownia oczywiście nieprzypadkowa :), jakiego świat nie widział. Taki srateg jak on, to nawet swoje własne ruchy przewiduje, zanim je przewidzi, ha!

Czy to wszystko? Nie, z pewnością nie, ale trudno zaprzeczyć, że coś w tym jest i gdy czytamy te wszystkie historie cudownych dzieci, zwłaszcza amerykańskich, to z naszymi wynikami wypadamy blado. Ba wręcz nie wypadamy w ogóle, bo nawet nie przyjdzie nam do głowy, aby się porównywać. Z ideałem? W życiu!

Tymczasem przychodzi taki moment, w którym to my stajemy się bohaterami i to w nas ktoś  się wpatruje, i to od nas ten ktoś się uczy…
… dziecko, rodzeństwo, pracownik, etc.

A jak perfekcjonizm się ma do SamoUtrudniania? Nawet nie będę pisał, nawet nie będę próbował tego wyjaśnić bo i tak nie zrobię tego idealnie, bo i tak nie będę zadowolony, więc sobie to odpuszczę…
… pomyślał perfekcjonista i cały misterny plan…

… gdyby jednak, była chęć zapoznania się z tematem bliżej i zainicjowania ważnych życiowych i zawodowych zmian, to zapraszam do kontaktu w sprawie warsztatów.

Pozdrawiam
Karol Bartkowski

 

Oblicza SamoUtrudniania #7 – zasługiwanie

klawisze pianina i męska oraz dziecięca dłoń gotowe do gry, jako symbol zasługiwanie

Oblicza SamoUtrudniania #7

Cel dla efektu / nagrody poza potencjałem szybkiej rezygnacji ma jeszcze jedną poważną konsekwencję – zasługiwanie.

Ustalanie celów c.d.

Jeżeli będziemy sobie i nie daj Boże dzieciom programować styl motywacji nagrodą, to w niezauważalny sposób dojdziemy do miejsca w którym:

– nie ma nagrody – nic nie robię;

– dostałem nagrodę przypadkowo, bez ciężkiej lub jakiejkolwiek pracy (np. wygrana w totolotka) – mam wyrzuty sumienia, depresję i podświadomy przymus oddania lub stracenia nagrody.

Pojawia się ewidentna pułapka mentalna – nie zasługuję na nagrody, bo są z nimi tylko same kłopoty. Albo trzeba się naharować, jak wół albo łatwo przyszło, łatwo poszło.

Zasługiwanie.

Takie osoby mają bardzo częsty problem z SamoUtrudnianiem:

– utrudniają, żeby się napracować i zaspokoić potrzebę trudności w osiąganiu celów;

– utrudniają, gdyż trudno im zaakceptować, że „zasługują” na nagrody.

Cel nastawiony na proces owszem również wymusza pracę, czasem również ciężką, ale jednocześnie daje poczucie sprawczości, odpowiedzialności i świadomości, że regularny wysiłek przynosi czasem „nieregularne”, dodatkowe super nagrody.

Pomagam i Ułatwiam
Karol

Zapraszam na warsztaty